sobota, 26 sierpnia 2017

Rozdział 107 "Podporządkowujemy wszystko pod Ciebie, nie jesteś pępkiem świata"

UWAGA!!!
Kochani pod rozdziałem mała prywata, ale naprawdę jest to dla mnie ważne. 

PERSPEKTYWA WOJTKA:
Sezon zleciał mi bardzo szybko. Oczywiście był nieco rwany, bo musiałem wziąć kilka dni wolnego przez moje życiowe rozterki. Dziś gramy ostatni mecz o 5-te miejsce z Radomiem. Poprzednie starcie zakończyło się zwycięsko dla naszej drużyny nie tracąc ani jednego seta. Wtedy graliśmy u naszego przeciwnika, dziś na naszym terenie. Kędzkim tak się spodobała ta rywalizacja, że oznajmili, że nie opuszczą ostatniego starcia i mają dziś do nas przyjechać. Rano zebrałem się na poranny rozruch przed najważniejszym spotkaniem w tym sezonie, a w drodze powrotnej odebrałem gości z przystanku.

-Zapraszam <wpuściłem Ich do mieszkania>
-Zuzki nie ma? <spytała Pani Kasia>
-Jeszcze na uczelni jest, ale niedługo powinna być. Jeszcze Szymka z przedszkola odbierze <oznajmiłem>

Zrobiłem herbatę gościom, podałem ciastka i tyle co zasiedliśmy do stołu i wymieniliśmy się ostatnimi wydarzeniami, do domu wrócili pozostali domownicy. Pani Kasia oczywiście pierwsze co zrobiła to przywitała się z Zuzą, a następnie Szymek uwinął Ją sobie wokół palca.

-Ma chłopak branie...każda dla Niego głowę traci <skomentował Kamil>
-Jedynie pozazdrościć, co się będzie ograniczał <podłapałem żart>
-Słyszałam <Zuza zerknęła zza futryny i gestem zastrzegła, że ma mnie na oku>

Podgrzaliśmy z Zuzą przygotowany obiad, po czym wspólnie z gośćmi go skonsumowaliśmy. Po posiłku udałem się wraz z Szymkiem na drzemkę  regeneracyjną. Położyliśmy się na łóżku w sypialni. Wziąłem Małego na klatkę piersiową podkładając Mu pod główkę poduszeczkę i przykrywając Go kocem.  Zaśpiewałem Mu do snu, a gdy zauważyłem, że cel został osiągnięty sam momentalnie przymknąłem powieki i odpłynąłem.

PERSPEKTYWA ZUZY:
Wojtek położył się, Pani Kasia zaczęła bawić się z Szymkiem, a Kamil pomógł mi pozmywać naczynia po obiedzie.

-Zuza, widziałem ostatnio Twojego Ojca <oznajmił>
-Kamil, trochę przez Niego wycierpiałam. Najpierw przez prawie 20 lat miał mnie gdzieś, a będąc w potrzebie nagle sobie o mnie przypomniał <przerwałam Mu>
- Ma córeczkę <szybko dodał i unikał mojego wzroku>
-Nie interesuje mnie to <fakt, zrobiło mi się przykro>
-Jego syn zmarł w dniu, gdy Mała się urodziła. Ma na imię Zosia
-Przykro mi...<chłopca polubiłam, nie był tu niczego winny> ale nie chcę na ten temat rozmawiać <zbyłam Go i zaniosłam upieczone wieczór wcześniej ciasto>

Pośród rozmów na inne tematy wrócił mi humor. Wojtek wstał, spakował torbę, wypił kawę, posiedział chwilę z nami i uciekł na halę. Ja przebrałam Szymka w koszulkę Miedziowych przyniesioną dla Niego przez Wojtka oraz dresowe spodnie. Na halę poszliśmy pieszo. Ja pchałam wózek, lecz Szymek wolał siedzieć na barana u wujka. Podczas meczu raz wyszłam z Małym, ponieważ płakał, a tak to bez przerwy krzyczał "tata, tata". Spotkanie okazało się zwycięskie dla gospodarzy 3:2, czym obronili 5-miejsce. Zaraz po meczu zeszliśmy wspólnie z Kędzkimi z trybun. Podszedł do nas Wojtek jak tylko nas zauważył i przejął Małego, a mnie obdarzył pocałunkiem. Widziałam jak trzymał chłopca na rękach i zwracał na Niego całą swoją uwagę podczas udzielania wywiadu czy

-Zuza trzymaj Go, ja się idę przebrać. Idziemy z chłopakami na miasto? Was również zapraszam <zwrócił się do gości>
-Daj Go <przejęłam spowrotem mojego małego mężczyznę> Chcecie to idźcie, ja zajmę się Małym. Po klubach dziecka ciągać nie będziemy, z resztą jest już marudny, głodny i śpiący <podsumowałam>
-Ja z miasta zrezygnuję, jesteście młodzi, to możecie trochę poszaleć. Ja stara baba, mogę się zająć małym przystojniakiem <zabawiała Szymka>
-To ustalcie między sobą, ja zmykam do szatni
-Zuzanko, idźcie z zawodnikami, jak możesz weźcie Kamila, a my sobie z Szymkiem poradzimy. Wykorzystajcie, bo często Was wyręczyć nie mogę <zastrzegła Pani Kasia>
-To nie problem? <spytałam nieco wstydliwie>
-Wielka przyjemność <co prawda byłam zadowolona z takiego obrotu spraw>

Wyszliśmy do holu, gdzie po przeszło 35 minutach doczekaliśmy się przyjmującego.

-I jak, co ustalone? <spytał ciekawy>
-Idziemy z Wami wraz z Kamilem, ale najpierw pojedziemy do domu. Poinstruuję Panią Kasię co gdzie mamy, itd... <oznajmiłam>

Uczyniliśmy tak, jak ustaliliśmy wcześniej. Dołączyliśmy do chłopaków, którzy poszli na pizzę, a następnie do klubu uczcić sukces, na który pracowali cały sezon. Cały wieczór wiedziałam, że Szymek na należytą opiekę, ale jednak w takich okolicznościach jeszcze nigdy bez nas nie zostawał. Sama wiem, jak często potrafi pokazać swój charakterek. Kilkakrotnie rozmawiałam z Panią Kasią, lecz szybko zostałam uspokajana przez Nią i spławiana. Do domu wróciliśmy nad ranem po dobrej zabawie. Kamil od razu ułożył się spać. My z Wojtkiem również położyliśmy się od razu. Nie ukrywam, że pozwoliliśmy sobie na kilka drinków.

PERSPEKTYWA WOJTKA:
Nie pamiętam jak dotarłem do łóżka. Do rzeczywistości wróciłem, gdy przeraźliwie głośny dźwięk wdarł się do moich uszu. Niechętnie i z trudem uchyliłem powieki, po czym wyłączyłem budzik...tzn. chciałem wyłączyć, bo okazało się, że nie to urządzenie było przyczyną tego harmidru. Rozkryłem się, zarzuciłem koszulkę i spodnie dresowe, po czym poszedłem do drzwi. Niestety trochę za późno, bo Mały zdążył się obudzić. Po otwarciu drzwi ujrzałem listonosza. Spojrzałem na zegarek....9:41.

-No ładna pora, oby to było coś ważnego <odparłem do pracownika Poczty>
-Nie wiem, ale polecony z PZPS'u, więc chyba ważne <odparł> Proszę tu podpisać <wskazał palcem miejsce>
-Dziękuję, miłego dnia <pożegnałem się>

List wsadziłem zgięty na pół do kieszeni w spodniach i poszedłem po Szymka, aby nie obudzić Zuzy, ani gości. Usiadłem w kuchni dając dziecku do picia wody i otworzyłem pocztę. Dostałem powołanie do kadry. Nalałem sobie wody do szklanki, którą opróżniłem w mgnieniu oka. Powędrowałem z Szymkiem do sypialni, gdzie Go przewinąłem. Poprzez gaworzenie Malca zbudziła się dziewczyna.

-No ładnie Młody, stawiasz wszystkich na nogi <pokręciłem głową>
-Widzisz jak działa na kobiety <zaśmiała się dziewczyna siadając na łóżku i poprawiając włosy>
-Na pewno nie tak jak ja <wyszczerzyłem się>
-Idę do łazienki. Ubierz Młodego, bo w samym pampersie nie będzie biegał, bo jest chłodno i widzimy się w kuchni. Trzeba śniadanie zrobić. <oznajmiła>
-Zrobimy, zrobimy. <przewróciłem oczami> Szymek, w co się ubierzemy? <spytałem podchodząc do szafy dziecka>
-No to życzę powodzenia w ubieraniu <zadrwiła ze mnie Zuza>

Ubrałem chłopca w dresik i poszliśmy do kuchni, gdzie czekała na nas już gotowa Zuza.

-Wojtek przydałoby się skoczyć po chleb <jęknęła z błagalnym spojrzeniem>
-Dobra, masz Smyka, a ja lecę się ubrać i do sklepu
-Kochany jesteś <obdarowała mnie buziakiem>

Ubrałem się migiem i zebrałem się do wyjścia do sklepu.

-Ta-ta, ta-ta! <zaczął płakać Szymek>
-Idziesz ze mną do sklepu, tak? 
-Tak <oznajmił bez chwili zastanowienia i przyniósł sobie buty>
-Zuza, wezmę Go <odparłem do dziewczyny, która stała oparta o ścianę o przyglądała się nam upijając kolejne łyki kawy>
-Dobra, ale chodź Szymek, ubierzemy się ciepło <zawołała smyka i założyła Mu podkoszulkę pod bluzkę z dresów oraz ciepłe skarpety, a następnie kurtkę i buty> Bierzesz wózek? <spytała>
-Nie, przejdziemy się <wiedziałem, że i tak nie będzie chciał jechać>

Całą drogę dziecko kopało pozostałości śniegu oraz skakało po zaspach przy drodze wywracając się przy tym kilkakrotnie. Zakupiliśmy jeszcze ciepłe pieczywo, a Szymcio upatrzył sobie ciacho. Stał przed gablotą oparty o szybę i krzyczał "mniam-mniam" wpatrując swoje oczka w eklera.

-Mniam! <krzyczał jak pakowałem Jego słodycz i wychodziliśmy z lokalu>
-Dostaniesz ciacho jak dojdziesz do domu i zjesz śniadanie
-Nie <kłócił się z oburzoną miną>

Wziąłem Malca na ręce i próbowałem zagadać.

-Pójdziemy do parku i zrobimy aniołka, co? Tatuś Cię nauczy <szeptałem do małego uszka, co zyskało Jego ciekawość>
-Czego tatuś będzie uczył? <spytał Kadziu, który wracał ze sklepu obładowany>
-Cześć, a dobrej zabawy <zacieszyłem>
-No tak, nie było pytania <zaśmiał się>
-Idziesz z nami na chwilę do parku?
-Hmm chwilę mam, moja córa przyjeżdża do mnie i musiałem jakieś zakupy zrobić
-To chodźmy, bo Mały się nie cierpliwi <chłopiec zaczął wyrywać się z moich ramion> Ejjj, Smyku upadniesz <zwróciłem uwagę>

Na miejsce szliśmy w towarzystwie zaciekłych rozmów z dziennikarzem. Opowiadał o pracach nad pomysłem swojej książki oraz namawiał mnie na udział w Jego treningach z dziećmi, przynajmniej jednorazowo. Postawiłem Szymka na ziemi obok Łukasza, a sam położyłem się na śniegu i pokazałem Malcowi jak robić aniołka. Szybko poszedł w moje ślady. Łukasz wykorzystał moment i najpierw zrobił mi zdjęcie, a później rzucał we mnie śnieżkami. Zabawa się skończyła jak zadzwoniła do mnie Zuzka. Zebrałem się oraz Szymka, otrzepałem nas i ruszyliśmy do domu. Znów Szymek się przeciwstawiał mi i był płacz, ponieważ zabawa bardzo Mu się podobała. Pożegnałem się z kumplem i wróciliśmy do domu.

-Wojtek, On jest cały mokry <zwróciła mi uwagę Zuza>,
-Ja też <oznajmiłem obojętnie>
-Ale to jest małe dziecko, jak będzie chory? Pomyśl czasem Wojtuś <była zła>

Przebrała dziecko i przekazała je pod czujne oko Pani Kasi, gdy po zaniesieniu herbat do salonu na śniadanie spytała w czym jeszcze może pomóc. Do tej funkcji Zuza upatrzyła już sobie mnie. Pokroiłem warzywa i pieczywo, po czym zniosłem na stół i zagadałem się w pokoju z Kamilem. Dziewczyna dołączyła do nas z jajecznicą oraz wędliną i zasiedliśmy do posiłku. Szymek był grymaśny.

-Szymuś, wiesz co będzie jak zjesz ładnie? <miałem na Niego haka"
-Mniam mniam <aż zabłyszczały Mu się oczka>
-Co znów za "mniam mniam"? <Zuzka była czujna>
-Ojj eklera sobie upatrzył <wyznałem>
-Wojtek, takie małe dziecko, a Ty już od rana uczysz słodyczy jeść
-Ejj On już chciał tam na miejscu zjeść <broniłem się, na co jedynie wywróciła oczami>

Po śniadaniu pozmywałem, a goście pili kawę z moją dziewczyną, która przychylnie podała słodkość Małemu. Zuza poszła położyć dziecko, a ja odwiozłem Kędzkich na autobus. 
Po powrocie usiadłem w kuchni z kubkiem kawy, bo jeszcze tego dnia nie piłem, po czym doczekałem się wreszcie dołączenia do mnie Zuzy.

-Wróciłeś? przysnęłam trochę z Małym <wyznała i upiła mi duszkiem z pół kubka napoju>
-Muszę z Tobą porozmawiać <oznajmiłem>
-Mów bo robi się poważnie <wiedziała, że po mnie może się spodziewać wszystkiego>
-Dostałem list z rana....i mam powołanie do kadry <byłem szczęśliwy, lecz obawiałem się Jej reakcji>
-Super, gratuluję <wtuliła się we mnie z entuzjazmem>
-Nie jesteś zła? <spytałem z powątpiewaniem>
-Nie, dlaczego? To są Twoje marzenia, które realizujesz, więc się cieszę razem z Tobą 
-Dziękuję <pocałowałem Ją> Tylko za dwa dni muszę być w Spale  na zgrupowaniu 
-Rozumiem, damy sobie radę, dobrze, że załatwiłeś przedszkole dla Malca. Będziemy tęsknić, ale trzymamy kciuki <dziewczyna przytuliła się do mnie i namiętnie pocałowała>
-Kocham Cię <wyszeptałem pomiędzy pocałunkami>

Zuza zrobiła nam herbatę oraz ugotowała budyń, zaś ja rozłożyłem sofę w salonie i odpaliłem PS'a. 

-Ejj, mieliśmy film obejrzeć <oburzyła się stawiając na stole przekąskę>
-Chodź, trochę emocji Ci zapewnię, bo będziesz miała niedługo nudę <zasmuciłem się na perspektywę wyjazdu>

Faktycznie dziewczyna się tak wciągnęła, że raz nawet ograła mnie w FIFĘ. 

-Dobra jesteś, nie mówiłaś, że kiedyś grałaś 
-Bo nie pytałeś. Grałam, grałam sporadycznie <była tajemnicza> 
-Skąd ta umiejętność? <brnąłem dalej>
-Z Bełchatowa <urwała temat>

Widziałem, że nie chciała zbytnio wgłębiać się w ten temat. Odpuściłem. Domyśliłem się, że grać mógł nauczyć Ją Piechocki. Widziałem, że tylko udaje taką silną, a naprawdę tłumi w sobie te wszystkie przeżycia i żal do Niego. Zapewne obwinia i siebie, choć nie ma za co tak naprawdę, ale to taki charakter. Rozgrywki przerwała nam pobudka synka, który od razu dał znać, że drzemka dobiegła końca. Poszedłem po Niego i cały wieczór spędziliśmy układając drewniane puzzle, bawiąc się kręglami, w które Szymek nie rzucał piłeczką, lecz wbiegał. Dziecku spodobało się nawet gotowanie obiadu. Dzielnie wrzucał obrane warzywa do garnka oraz sypał mąkę garstkami do pierogów, które zrobiła Zuzka. 

-Chodź mały kuchciku, bo smrodek się ciągnie za Tobą <zaśmiałem się>
-Wojtek <pokręciła głową z politowaniem>
-No co? Przebrać Go idę <chwyciłem dziecko na ręce i poszedłem do sypialni>
-Ty! Zuza!! ja się dziś muszę spakować, bo skoro od poniedziałku z rana zaczynamy zgrupowanie, to jutro muszę być w Spale <oprzytomniałem krzycząc podczas przewijania Malca>
-No to rychło w czas <odpowiedziała>

Gdy chłopiec był gotowy puściłem Go, aby sobie pochodził po mieszkaniu, a ja wyrzuciłem z szafy rzeczy reprezentacyjne oraz kilka prywatnych i walizkę. Zuzka zawołała mnie na obiad, więc przerwałem pakowanie. Pokroiłem Szymkowi pierożki, następnie pomału zacząłem Go karmić, co skończyło się płaczem, ponieważ poparzyłem Mu wargę i języczek. Zuzka od razu pospieszyła Mu na ratunek podając zimną wodę do picia. Dmuchała następnie każdy kawałem posiłku zanim trafił do buźki Maleństwa.

-Wojtek, trzeba Mu kupić buty i kilka ciuszków, bo rośnie nam koszykarz <sprowadziła mnie na ziemię>
-Bardziej żyrafa <zadrwiłem>
-Przestań pajacować <rzuciła pogardliwe spojrzenie>
-No dobra, no to siatkarz  <rozmarzyłem się>
-Oby nie <westchnęła>

Gdy Szymek zjadł Zuzka umyła Mu buźkę i wyjęła z krzesełka na wolność. Skończyliśmy we dwójkę posiłek rozmawiając przy tym. Pomyłem naczynia i obejmując moją dziewczynę zmierzyłem do salonu dokończyć pakowanie.

-Gdzie Młody? <spytałem będąc jeszcze w przedpokoju>
-Nie wiem <zrobiła zdziwioną minę> Ale ta cisza mnie zaczyna martwić <wyznała niepewnie>
-W salonie nie ma <oznajmiłem rozglądając się>
-Pod łóżkiem też nie <poinformowała>
-Ciii <ostrzegłem szeptem słysząc pomrukiwania i widząc poruszające się wieko walizki>
-Hmm? <wymruczała niczego nieświadoma Zuza>
-A kto to jedzie ze mną? <spytałem radosnym tonem odkrywając walizkę>
-Ta-ta <krzyknął i zaczął się śmiać>
-Oj Smyku Smyku <przytuliłem Go wyjmując z walizki>

Zuza wyszła poodkurzać salon, a ja zacząłem składać swoje rzeczy i wkładać je do walizki, zaś Szymek znalazł sobie świetną zabawę w formie wyrzucania moich rzeczy z walizki i wkładania swoich zabawek i pieluszek.

-Młody, kiedyś możliwe, ze sam tam będziesz jeździł, już ja o to zadbam, ale na chwilę obecną zostajesz w domu z mamą <zaśmiałem się na tę sytuację>
-Po moim trupie <akurat musiała usłyszeć moja druga połówka>
-Da się załatwić <zadrwiłem>
-Wojtuś, nie zadzieraj ze mną <ostrzegła>

Poszedłem do Niej i obdarowałem pokornym całusem. Gdy skończyła sprzątać zabrała chłopca na zakupy, abym mógł się spokojnie spakować. Gdy zakończyłem tę czynność i zniosłem dwie walizki i torbę do auta zdzwoniłem się z Nią i powędrowałem do Możdżonków, gdzie moja dwójka zabalowała. Oczywiście jak wszedłem, to szybko wyjść się stamtąd nie dało, jak rozgadał się mój przyjaciel. Wypiliśmy szybko herbatę, Hania zabawiała dzieciaka. Poszedłem z Marcinem do kuchni, gdzie pogadaliśmy trochę na temat dojazdu, ponieważ On również opuszczał swoją życiową miłość.
Wróciliśmy do mieszkania, gdzie po szybkim umyciu Malca ubrałem Go i dołączyliśmy do Zuzy do kuchni na kolację, po której umyłem się, a dziewczyna przeczytała Mu bajkę. Oznajmiłem, że to ja Go dziś usypiam i po buziaku z mamą poszedł w moje ramiona, po czym położyliśmy się na łóżku i po skakaniu na moją klatkę piersiową wreszcie ułożył się wtulony we mnie.

PERSPEKTYWA ZUZY:
Chłopaki posnęli niczym jacyś zaczarowani, zatem ja posprawdzałam sobie plan studiów, terminy sesji oraz ułożyłam grafik kiedy Hania miałaby odebrać Szymka z przedszkola, po ówczesnym obgadaniu z Nią tej sprawy, oczywiście za plecami Wojtka. Zasnęłam przed TV w salonie na sofie. Rano obudził mnie dźwięk trzaskających drzwi, a po chwili płacz dziecka.

-Pójdę do Niego, zbieraj się, bo umówiłeś się z Marcinem <wymamrotałam zaspana>

Wzięłam Brzdąca na ręce i chodziłam z Nim po mieszkaniu bujając na rękach.

-Klocku Mały, ile Ty ważysz? <śmiałam się stojąc przy Wojtku parzącym kawę>
-A tak właściwie, to chyba pora na bilans u lekarza <przybrał minę myśliciela>
-Sprawdzę to później w przychodni. Zadzwonię tam <zaplanowałam>

Zjedliśmy wspólnie śniadanie. Szymek uraczył się mlekiem, jak codziennie rano i tego menu nie można zmieniać. Później zje wszystko, ale mleko musi być. Przeżyliśmy trudne rozstanie. Szymek zrozumiał, że to dłuższa rozłąka i nie chciał wypuścić taty, po czym uspokajałam Go przeszło godzinę.

PERSPEKTYWA WOJTKA:
Wyszedłem z mieszkania, gdzie słyszałem jeszcze na parterze płacz dziecka. Wsiadłem do auta i siedząc za kierownicą spojrzałem w górę. W oknie stała Zuza z Małym. Łza zakręciła mi się w oku. Odpaliłem samochód i ruszyłem po przyjaciela, a stamtąd do Spały. Byliśmy coś koło 13:00 na miejscu, ponieważ mieliśmy jeszcze przystanki na jedzonko, rzecz oczywista. W Ośrodku pierwsze kroki skierowaliśmy do pokoju trenera, gdzie przywitaliśmy się ze Stephanem, a następnie zostawiliśmy bagaże w swoich pokojach. Później zajął się nami lekarz i fizjo. Wieczorem dołączył do mnie Rafał Buszek do pokoju. Gdy wyszedł na nocne gierki w karty, ja zadzwoniłem do Zuzy. Umówiliśmy się na Skype na rozmowę jak tylko wykąpie Małego. Opowiedziała mi jak minął Ich dzień. Mały Smerfik cieszył się i cały czas coś mówił, trochę zrozumiale, trochę mniej zrozumiale. Aż serce radowało mi się na Jego uśmiech. Kocham Ich mocno. Codziennie starałem się dzwonić do Nich po dwa razy, jeśli była taka możliwość. Jeśli nie, to jedynie wieczorem, a w ciągu dnia umawiałem się z dziewczyną na telefon pomiędzy Jej zajęciami, a moimi treningami. Do czasu... Pewnego dnia, w drugim tygodniu mojego pobytu w spalskich lasach zadzwonił z rana mój telefon. Odebrałem, choć numer był zastrzeżony. Okazało się, że to mój agent podał mój numer telefonu działaczom z Olsztyna. Zadzwonili z propozycją kontraktu na nowy sezon. Po połączeniu zadzwoniłem do mojego agenta, który rozwiał moje wątpliwości. Zwlekałem z telefonem do Zuzy, z rozmową przez Skype'a...aż sama zadzwoniła następnego dnia wieczorem. Opowiedziałem Jej co jest na rzeczy. Na perspektywę przeprowadzki z dzieckiem, z Jej zaczętymi studiami rozłączyła się. Całe kolejne dwa dni nie odzywaliśmy się do siebie, nie odbierała moich telefonów. Na treningach nie mogłem się skupić, aż otrząsnął mnie Marcin. Wieczorem podszedłem do trenera i poprosiłem o wolny weekend. Okazało się, że i tak był taki pomysł, a ja jedynie przyspieszyłem jego datę. Po powrocie do Lubina sobotniego poranka bałem się wejść do mieszkania. Odwiozłem Marcina, który życzył mi powodzenia i pomógł oszacować plan rozmowy. Zakupiłem w kwiaciarni piękne, herbaciane róże i powędrowałem do domu. Wszedłem, moje dwa skarby jeszcze smacznie spały wtulone w siebie. Położyłem kwiaty na szafce nocnej i poszedłem zaparzyć kawę. Zuza po chwili przyszła do kuchni i zmieszana nie wiedziała jak się zachować. Wtuliłem się w Nią.

-Wojtek, nie chcę stąd wyjeżdżać <była zmartwiona>
-Tam mam szanse na rozwój <broniłem się>
-A tu niby nie? Podporządkowujemy wszystko pod Ciebie, nie jesteś pępkiem świata <wrzasnęła> Rodzina to wyrzeczenia <westchnęła z żalem>
-Zuza! <zawołałem za Nią, gdy schowała się w łazience>

Następnie wyszła z mieszkania i nie odbierała ode mnie telefonu. Zadzwoniłem w pierwszym momencie do Marcina o przeszło 30 minutach. Okazało się, że tam jest i przyjaciel nie kazał mi się niczym martwić.

-Wiem jak to załatwić <dodał mi otuchy> Pogadam z Nią <uspokoił mnie>
-Dzięki <oznajmiłem podłamany tą sytuacją>

Resztę dnia spędziłem na przyrządzaniu jedzenia z Malcem oraz zabawą z Nim. Wieczorem , gdy skończyliśmy właśnie kolację wróciła Zuzka. Podeszła do mnie i wtuliła się we mnie.

-Przepraszam <wyszeptała>
-<odwzajemniłem uścisk>  Położę Małego i pogadamy, ok?
-Jasne <wymusiła uśmiech>

Ułożyłem Malca do snu i wróciłem do salonu po drodze zaparzając dwie herbaty. Zuza siedziała na sofie wpatrując się w zasłonięte firanką drzwi balkonowe. Podałem Jej kubek, który szybko odłożyła na stół.

-Nie chcę żadnych podziałów między nami <wyznała łamiącym się głosem>
-Nie będzie ich...Zuzka, chcę dla nas lepszej przyszłości. To nie tak, ze myślę tylko o sobie. Myślę właśnie o naszej trójce.
-A co z moimi studiami? <była załamana>
-Damy radę i z tym.
-Co mam zaczynać od nowa? <zdenerwowała się>
-Nie, rozeznałem sytuację. Da radę przenieść Twoje papiery na Uniwersytet w Olsztynie.
-Naprawdę? Pomyślałeś o mnie
-Zawsze o Tobie myślę <okazał mi swoje serducho>
-To co? Mogę normalnie podpisywać kontrakt?
-Tak <nie była super zadowolona>

Poszliśmy spać.
Następny dzień spędziliśmy na wycieczce za miasto do Zamku Czerna. Weekend szybko minął. Jeszcze przed powrotem oddzwoniłem do Olsztyna i umówiłem Ich na spotkanie z moim agentem, a ja miałem podjechać po sezonie reprezentacyjnym. 
____________________________________________________________________
Kochani, tak jak wspomniałam, mała prywata... zaczęłam pisać bloga fotograficznego. Mało tekstu, kilka zdjęć...zapraszam, chciałabym rozkręcić tamtą stronkę, więc liczę na Wasze wsparcie. Mam nadzieję, że Was to zainteresuje, czekam tam na Wasze opinie ;3
#liczęnaWas ;*
https://zatrzymacchwile-photopassion.blogspot.com/

Kolejny za 2 tygodnie. Buźka ;*

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Rozdział 106 "Tego Ci już nie wybaczę"

PERSPEKTYWA WOJTKA:
Gdy Zuzia opowiedziała mi o sytuacji z Piechockim miałem ochotę Go zabić. Po prostu zabić. Wiem jak między Nimi było wcześniej, ale ufam dziewczynie. W tamtej chwili zachowałem się egoistycznie, za co zapłaciłem opuchniętym policzkiem. Miała takie prawo, bo potraktowałem Ją jakby sama nie była zraniona i chciała tego pocałunku. Na samą myśl, że ktoś inny Ją całował targały mną emocje. Chwyciłem za kluczyki i dokumenty, ubrałem się, po czym wybiegłem do auta. Odjechałem ze łzami w oczach. W pierwszej chwili skierowałem się pod mieszkanie libero, ale odpuściłem. Wiedziałem, że mogę się przed czymś wtedy nie powstrzymać. Włączyłem radio i pojechałem przed siebie. Dojechałem do Lubina i była to chyba najlepsza opcja. Rozłączałem chyba z 70 połączeń od Zuzy. Wszedłem do mieszkania, usiadłem
w salonie na sofie, wysłałem Zuzce sms'a.

"Jestem w Lubinie, wrócę wcześniej do treningów, muszę przemyśleć kilka rzeczy. Daj mi czas, przyjadę w weekend."

Z oczu popłynęły mi łzy.
Napisałem jeszcze sms'a do Możdżonka.

-"Wpadnij jutro rano po mnie na trening. Wróciłem wcześniej."

Po chwili odpisał, jak zwykle oschle..."okey".
Wybrałem numer bełchatowskiego siatkarza, lecz nie odebrał. Powtórzyłem, również bezskutecznie tę czynność. Zrezygnowany poszedłem wziąć prysznic. Wychodząc z łazienki owinięty ręcznikiem usłyszałem dźwięk telefonu. Zbagatelizowałem to przeczuwając, że to ponownie Zuza. Udałem się do sypialni, przebrałem się w piżamę i wróciłem po telefon do salonu. To nie była jednak Zuza. Oddzwoniłem pod numer, na który tyle razy wydzwaniałem. Odebrał.

-Wojtek, zanim na mnie naskoczysz...wysłuchaj mnie, to był impuls, wiesz jak postrzegam Zuzę.
Podoba mi się i coś do Niej czuję, żałuję tego co kiedyś zepsułem swoim szczeniackim zachowaniem. Rozstałem się z Dominiką... nie wiem co mi strzeliło do głowy, naprawdę. Nie tykam dziewczyn przyjaciół. <mówił w pośpiechu, abym Mu nie przerwał>
-Masz ogromny tupet nazywając mnie swoim przyjacielem. Już poruszam faktu, że to moja dziewczyna, ale chodzi mi o to, że Ją skrzywdziłeś. Ja Jej ufam, więc wiem, że by mnie nie zdradziła, a już na pewno nie byłaby po tym w takim stanie w jakim jest. A Ty szansę miałeś kiedyś taką jak ja, ale to spieprzyłeś. Głupota boli <wydarłem się>
-Wybaczysz mi? <spytał z nadzieją w głosie>
-Ty mnie prosisz o wybaczenie? Ty się ciesz, że się do Ciebie nie wybrałem jak to w planach miałem, bo bym zabił po prostu. Dla mnie jesteś zerem, totalnym zerem. Nie całuje się dziewczyny przez zachciankę, bo się ma taki kaprys. <byłem wściekły>
-Ale ja Ją kocham...
-Chyba nie chcę tego słuchać. Odwal się od Niej po prostu. <rozłączyłem się i odkładając telefon na stolik pięścią uderzyłem w sofę>

Nie wiem nawet kiedy zasnąłem. Obudziłem się w salonie na sofie, zerknąłem  na zegarek...miałem półtorej godziny do treningu. 
Wstałem, spakowałem torbę treningową i ruszyłem z ciuchami do łazienki. Przebrany poszedłem do kuchni zaparzyć kawę i zrobić sobie śniadanie. Przyrządziłem kanapki na szybko, bo nawet do tego głowy nie miałem. Ciągle rozmyślałem o tym co się stało i jak powinienem się zachować wobec Kacpra, a przede wszystkim wobec Zuzy. Jak tylko zasiadłam do stołu zadzwonił Możdżon z komunikatem "Jestem, schodź już". Śniadanie skonsumowałem po drodze w aucie przyjaciela. Zajechaliśmy jeszcze na stację benzynową, gdzie kolega tankował. Po chwili przyszedł z dwoma dużymi kubkami kawy.

-Stary wiesz czego mi trzeba <byłem wniebowzięty>
-Widzę właśnie. Tylko teraz mów mi o co chodzi <zagadną odjeżdżając z CPN'u>
-No a o co ma chodzić? <udałem głupiego>
-Nie graj durnia, przecież widzę <spojrzał na mnie spod kąta>
-No co? Co mam Ci powiedzieć? że mój kumpel całował moją dziewczynę?
-Który? <po chwili wykrztusił z siebie>
-Piechocki palant <byłem zły>
-Chodź, pogadamy po treningu <oznajmił jak byliśmy pod halą>
-Nie mam ochoty na gadanie...
-Nie marudź, czasem trzeba trochę oleju wlać do Twojej głowy <zadrwił>

Weszliśmy do obiektu sportowego, skierowaliśmy się do szatni, a po kwadransie już się rozgrzewaliśmy. Gdy na salę wszedł trener podszedłem i poprosiłem o przywrócenie do treningów, zapewniłem, że z ręką już wszystko w porządku, choć tak naprawdę jeszcze mnie pobolewała. Wieczorem umówiłem się z fizjoterapeutą, że przyjdę to tzw kontroli.
Na treningu próbowałem wyzbyć się rozmyślań oraz wszelkich złych emocji. Zagrywkę posyłałem z wielką złością, co poskutkowało serią asów jak i autów. Ciężko było mi się skupić  Po 2 godzinach gry udaliśmy się do szatni. 

-O 17:15 mamy siłownię, zapraszam na obiad, Hani nie ma, więc pogadamy na spokojnie <oznajmił Marcin podchodząc do mnie, gdy wyszedłem spod prysznica>
-Dobra <mimowolnie się zgodziłem>

Po chwili wyszliśmy z obiektu sportowego i pojechaliśmy na osiedle środkowego. Weszliśmy na górę, gdzie siatkarz podgrzał przygotowaną przez Jego żonę jarzynową. Zjedliśmy, a gdy w piekarniku piekły się kotleciki z ciecierzycy oraz ryba my usiedliśmy z kubkiem kawy i przyjaciel wtapiał we mnie swój wzrok. 

-No co? <czułem się nieswojo>
-Nic, zupa Ci stygnie <dodał>
-Marcin, no co ja mam Ci powiedzieć?
-Co zrobisz może? Widziałem na treningu jak Cię to zżera
-No a co ja mogę zrobić. Kocham Ją nad życie. Marcin, ja wiem, że Ona tego nie chciała, wysłuchałem obydwu stron, widziałem Jej reakcję po... wierzę Jej
-To dobrze, Zuzy o to nie podejrzewałem nawet. A co z Kacprem zrobisz?
-Najchętniej to bym Go zabił <syknąłem przez zaciśnięte zęby i uderzyłem dłonią w stół>
-Uspokój się, pogadaj z Zuzą, bo zapewne rozmyśla co dalej z Wami
-A co ma być? nigdy nikogo tak nie kochałem
-No to wiesz co masz zrobić

Przyjaciel utwierdził mnie w przekonaniu, że nie mogę tego odpuścić Piechockiemu. Poproszę Zuzię, aby zerwała z Nim wszelki kontakt. Już raz o mało co Jej nie straciłem, nie wyobrażam sobie życia bez Niej. Jeszcze dwa dni i jadę do Bełchatowa. Muszę z Nią porozmawiać. Po obiedzie u przyjaciela odpaliliśmy PS'a i rozegraliśmy kilka partyjek w Fifę. Około 17 udaliśmy się na trening na trening na siłowni, po którym pożegnałem się z kumplami i obrałem kierunek - pokój fizjo. Po godzinnych zabiegach laserem oraz masażach wróciłem do domu. Resztę wieczoru zagospodarowałem na przygotowanie sałatki Cezar, zrobienie opłat, nastawienie prania, a na koniec zasnąłem przed TV.

PERSPEKTYWA ZUZY:
Całą noc nie mogłam zasnąć, myślałam o Wojtku, o tym co się stało. Wiedziałam, że zrobiłam dobrze powiadamiając Go o wszystkim. Odetchnęłam z ulgą jak napisał mi, że wrócił do Lubina. Martwiłam się, że mógł zrobić coś głupiego. Kilkakrotnie próbował dodzwonić się do mnie Kacper, ale nie miałam ochoty z Nim rozmawiać. Leżałam na łóżku, co przymknęłam oko, to wypływały mi łzy spod powiek. Serce mnie bolało, był to bardzo dziwny ból. Nie wiedziałam co teraz z Nami będzie. Szymek też nie mógł spać, przebudzał się chyba z 4 razy w ciągu nocy, aż wzięłam Go do siebie do łóżka i spał wtulony we mnie aż do rana. Usłyszałam koło 8, że ktoś się kręci po kuchni. Synek akurat się obudził, więc zeszliśmy na dół.

-Już wstałaś? <spytała Paulina wyjmując grzanki z opiekacza>
-Obudził się Królewicz <oznajmiłam lekko zmieniając temat>
-A Księżniczka coś spała? <przebiegle spytała>
-Tata, tata <krzyk Szymka spowodował u mnie napłynięcie łez>
-Chodź zdzwonimy do taty <Mariusz wziął Małego z moich ramion, a na ręce przekazał mi Tymka>
-Zuza, siadaj masz kawę i grzanki
-Dzięki, nie mam ochoty <kołysałam Maluszka na rękach>
-Siadaj. <odparła stanowczo>  Arek, śniadanie, bo spóźnisz się do szkoły! <chłopczyk przybiegł w mgnieniu oka zapinając w międzyczasie spodnie>
-Zuza mnie zaprowadzi <oznajmił pytającym tonem przeżuwając kanapkę>
-Jasne, jedz i szoruj po plecak, a ja lecę się ubrać. Paula, brać Szymka ze sobą czy moglibyście się Nim zająć?
-Że też pytasz <pokręciła głową z politowaniem>
-Młody... ruchy ruchy <mimowolnie się zaśmiałam>
-Bo osiwiejesz <przewrócił oczami> Zuzia na spokojnie, opanuj nerwy, bo to szkodzi. Żeby coś zrobić porządnie to trzeba czasu.
-Ty filozof, mamy 45 minut do lekcji <poganiałam Go>
-Idę idę... z kobietą nie wygram <zatkało mnie na słowa Młodego>

Po kwadransie wychodziliśmy, poszłam pożegnać się z Szymkiem, żeby mnie nie szukał, bo byłby płacz. Musiałam powiedzieć, że na chwilę wychodzę. Wojtek tak zawsze do Niego mówił, a Malec biegł do drzwi balkonowych i patrzył jak tata wychodzi z klatki. Usłyszałam jak Wojtek mówi do Niego, bo Mariusz dał na głośnik swojego rozmówcę. W oczach stanęły mi łzy, serce zakuło...to wszystko po usłyszeniu Jego głosu.

-Zuza! tak mnie poganiałaś, a teraz sama się ociągasz.
-Już już

Wyszliśmy z domu i udaliśmy się do szkoły. Po drodze Arek musiał rzucić kilka niewygodnych pytań oraz swoich błyskotliwych przemyśleń. W drodze powrotnej zaszłam do pobliskiego sklepu, aby kupić dla dziecka kilka produktów, bo skończyły się pampersy oraz mleko. Gdy byłam mniej-więcej w połowie drogi do domu poczułam szarpnięcie za rękę. Odwróciłam się i ujrzałam Kacpra. Wystraszyłam się. Stałam jak sparaliżowana. Czego On ode mnie oczekiwał?
-Posłuchaj...proszę poczekaj, wysłuchaj mnie
-Czego chcesz? <wrzasnęłam i się wyrwałam z Jego uścisku>
-Wracam od Wlazłych. Paulina powiedziała, że poszłaś Arka odprowadzić do szkoły.
-Nie wiem po co <warknęłam>
-Rozumiem, że możesz nie chcieć ze mną gadać
-Kacper słyszysz siebie? Rozwaliłeś mój związek <poczułam spływające po policzku łzy>
-Wiem, że nie powinienem tego wtedy robić. Ja nadal coś do Ciebie czuję. Kiedyś nie brałem Cię poważnie, wiesz dlaczego byliśmy razem. Ale gdy odeszłaś ja naprawdę zrozumiałem co straciłem. Nie chciałem Ci rozwalić związku z Wojtkiem. Ja po prostu rozstałem się z Dominiką, bo nie potrafię o Tobie zapomnieć. Rozumiesz?
-Po cholerę mi to mówisz? Pamiętasz jak mnie potraktowałeś? Chciałam ułożyć to w przyjaźń, ale był to błąd. Nie sądziłam, że jesteś tak wyrachowany. Tego Ci już nie wybaczę <pobiegłam do domu Wlazłych>

Nie chciałam z Nim rozmawiać. Do końca dnia bawiłam się z chłopcami, bo gdy Mariusz przywiózł Arka małżonkowie gdzieś wybyli wspólnie, a wieczorem siatkarz miał trening, zaś Jego żona poszła na ploty do przyjaciółki.
Codzienność powoli mnie przytłaczała ciężko mi było udawać, że wszystko jest w porządku. W piątek pilnowałam mojego Szkraba oraz Tymka. Paulina zaprowadziła Arka do szkoły i pojechała załatwić coś w biurze, zaś Mariusz miał lada moment wrócić z treningu. Nagle zapukał ktoś do drzwi. Zdziwiłam się, bo popołudniowy trening miał się skończyć za 15 minut. 

-Ty kluczy nie masz? <krzyknęłam podchodząc do drzwi mając pewność, że to Mariusz>
-Od tego domu jeszcze nie <zaśmiał się nerwowo Wojtek, gdy otworzyłam drzwi>
-Co tu robisz? <stanęłam jak osłupiała>
-Tata! <przybiegł Szymek i wskoczył tacie na ręce>
-Cześć smyku <przytulił Go siatkarz>
-Zajmij się Nim, ja położę do snu Tymka <poleciłam łamiącym się głosem>
-Zuza <wyszeptał i szybko mnie przytulił>

Popłynęły mi łzy. Chyba nigdy tyle nie płakałam co przez ostatnie dni. Pocałowałam Go w policzek. Odchylił się od mojej twarzy, opierając swoje czoło o moje spojrzał głęboko w oczy i namiętnie pocałował.

-Boję się <wyszeptałam>
-Czego? <spytał troskliwie> nie ma tu wilka złego <zadrwił, lecz moje zawistne spojrzenie przywołało Go do porządku>
-Że nam się po prostu nie uda... <wyznałam pełna obaw>
-Nie bój się, kocham Cię, widzę, że Ty mnie też, a to jest najważniejsze. Zależy nam i nie ważne co by się działo, to przetrwamy to <staliśmy wtuleni w siebie i z tego sielskiego ujęcia wyrwał nas Szymek, który ciągną to Wojtka, to mnie za nogę gaworząc coś pod noskiem>
-Idę ululać Tymka
-Porozmawiamy później, zajmę się Młodym <oznajmił całując mnie w czoło chwytając Szymka na ręce>

Poszłam do pokoju dziecięcego, gdzie leżał Tymek płacząc. Wzięłam Go na ręce i skierowałam się do kuchni, aby przyrządzić Mu mleko. Poprosiłam Wojtka o zerkanie na jedzenie dziecka, a ja poszłam Go przewinąć. Zanim wróciłam do kuchni chłopak przyniósł do pokoju gotowy posiłek. 
Nakarmiłam dziecko, po czym śpiącego odłożyłam do kołyski, przykryłam kocykiem i wyszłam przymykając drzwi. Poszłam się wreszcie przebrać z piżamy, bo nawet nie zdążyłam przez ten natłok wydarzeń. Wchodząc do salonu było jakoś dziwnie... cicho, pusto. Na stole zauważyłam leżącą kartkę. "Jesteśmy na dworze." Zarzuciłam kurtkę i wyszłam drzwiami tarasowymi do ogródka. Moje oczy od razu dostrzegły Wojtka i Szymka, którzy rzucali się śnieżkami. Nasz Mały, prawie 2-latek stąpał po śniegu i nasłuchiwał jak pod Nim trzeszczy, schylał się, a gdy wymierzał sypkim puchem w buty swojego taty śmiał się jakby co najmniej ktoś Go gilgotał. Wróciłam do kuchni, zrobiłam chłopakom gorące kakao i zawołałam do domu. Gdy skończyli dopijać akurat do mieszkania wszedł gospodarz z najstarszym potomkiem. Chłopaki dołączyli do kakaa, gdzie Mariusz oznajmił, że zjadłby obiad, lecz wywinął się z tej odpowiedzialności oferując zabawę z chłopcami. Przystaliśmy z Wojtkiem na ten pomysł, więc zabraliśmy się do przygotowania spaghetti oraz podgrzania zupy z poprzedniego dnia. Zgraja leniwców wymknęła się z pomieszczenia stawiając kubki po napoju na blacie. Aby wyjąć makaron z szafki musiałam stanąć na palcach. Nagle poczułam objęcie w talii, a moje stopy uniosły się znad podłogi.

-Nie łatwiej było mi podać opakowanie? <zaśmiałam się gdy odstawił mnie spowrotem na ziemię, odłożyłam produkt na blat odwracając się twarzą do chłopaka>
-Nie <zaśmiał się intrygująco> chciałem Ci udowodnić, że nie stąpasz twardo po ziemi i to oczywiście zasługa mojego uroku osobistego
-Brakowało mi tego...Twojego humoru, tego spojrzenia <oparłam swe czoło o Jego i szepnęłam spoglądając Mu w oczy>
-Mi Ciebie też, ale zróbmy obiad i porozmawiamy, dobrze?
-A o czym? <przestraszyłam się>
-O tym co się wydarzyło...zobaczysz <pocałował mnie w czoło>

Przygotowanie posiłku zajęło nam jakieś pół godziny, po tym czasie zasiadaliśmy do stołu, a jak na styk wróciła Paula. Wspólnie zjedliśmy posiłek. Tymek leżał w bujaku obok stołu i wyspany cierpliwie czekał aż mama zje i Go nakarmi. Natomiast Szymek wykazywał zupełnie przeciwstawne cechy. Machał rączkami, gdy robiłam przerwy aby pogryzł dokładnie makaron i sama za ten czas jadłam ze swojego talerza. Uspokoił się dopiero, gdy Wojtek odebrał mi widelczyk Malca i przekazał Jemu do samodzielnego jedzenia. 

-Ale chcę zaznaczyć, że Ty ścierasz po Nim kuchnię i wszystko dookoła. Ewentualnie mogę pomoc Ci Go umyć. <zadeklarowałam prędko>
-Szymek, może tata Cię nakarmi? <spytał chłopca z nadzieją i próbował odzyskać widelec>
Te próby zakończyły się bezskutecznie. W rezultacie Wlaźli mieli umytą podłogę w kuchni  a dziecko miało zapewnioną zabawę w wannie. Gdy wyjmowałam Małego z kąpieli do łazienki wszedł Wojtek.
-Idź się przebierz, bo jesteś cała mokra. Młody zostanie pod opieką Wlazłych, a my sobie wyjdziemy na miasto porozmawiać. <wtajemniczył mnie w swój plan>

Po chwili zeszłam na dół gotowa do wyjścia, Wojtek dołączył do mnie ubierając buty przekazując uprzednio Szymka pod opiekę przyjaciół. Szarmancko otworzył mi drzwi i łapiąc mnie "pod rękę" ruszyliśmy przed siebie. Dotarliśmy do restauracji w dobrych nastrojach śmiejąc się po drodze i rozmawiając na luźne tematy. W lokalu zamówiliśmy kawę oraz ciastko.

-Dlaczego tak mi się przyglądasz? <spytałam>
-Zuzka, nie wiem jak by to było bez Ciebie, ja dnia nie mogłem wytrzymać. Wierzę Ci i ufam, że z Twojej strony nic nie wyszło do Kacpra.
-Nie rozumiem, masz wątpliwości? <uniosłam się>
-Nie, nie mam. Tylko chciałem się spytać co planujesz dalej z Kacprem
-Nie wiem sama. Próbowaliśmy przemienić to w przyjaźń, nawet Mu wybaczyłam tamtą sytuację pomiędzy Nami, ale to nie ma sensu, bo jeśli nawet od jednej osoby wychodzi coś więcej, to normalnych relacji się nie da utrzymać.
-W sumie racja. Tylko jak ja mam się zachować teraz wobec Niego? Wtedy przepraszał, bo kiedyś się przyjaźniliśmy tyle lat i chciał to naprawić, ale chyba to nie był dobry pomysł.
-Może samo się ułoży między Wami? Głupio mi, że przeze mnie Wasza przyjaźń się rozpadła, ale może nie była ona prawdziwa?
-Samo? wątpię... Nie przez Ciebie, nawet tak nie mów. <musnął swoją dłonią moją>  Może tak jak mówisz
-Po prostu kontaktujcie się tylko, jak musicie, bez zbędnego zagłębiania się w relacje. I proszę Cię o jedną rzecz <dodałam niepewnie>
-Słucham <jeszcze bardziej spoważniał>
-Wojtek, w związku liczy się zaufanie przede wszystkim. Nie trać go do mnie
-O to możesz być spokojna <podszedł do mnie i mocno przytulił>

W restauracji posiedzieliśmy jeszcze chwilę konsumując zamówione uprzednio słodycze. Do domu wróciliśmy okrężną drogą robiąc sobie romantyczny spacer. Gdy weszliśmy do posiadłości przyjaciół Paulina akurat ułożyła do snu naszego synka, więc dołączyliśmy do Marusza i Arka, aby pomóc w przygotowaniu kolacji. Przy tej czynności wypiliśmy z chłopakiem gorącą herbatę, bo mróz na zewnątrz trzyma, szczególnie o tej porze. Gdy dołączyła do nas Paulina zasiedliśmy do kolacji.

-Ja wiem dlaczego tak się często kłócicie <oznajmił szczęśliwy Arek jakby rozwiązał zagadkę życia>
-Tak sądzisz? <spytał Go Wojtek swoim intrygującym głosem>
-Bo lubicie się godzić <na te słowa spojrzeliśmy z Wojtkiem na siebie i wybuchliśmy śmiechem>
-No to Ich rozpracowałeś <zaśmiał się tata Malca>

Pomogłam Paulinie zmywać po kolacji.

-Fajnie się patrzy na Was szczęśliwych <kobieta przytuliła mnie po skończonej pracy>
-Wiesz, kiedyś chciałam być tak prawdziwie zakochana. W końcu mam kogoś komu na mnie zależy, a mi na Nim <odparłam>
-Prawdziwa miłość to jest na pewno między Wami, choć wybuchowa
-Obydwoje mamy charakterki
-Muszę pilnować moich chłopców przed Waszym potomstwem, bo taka teściowa to zło <zadrwiła>
-Bardzo śmieszne <pokrzywiłam się do Niej w żartach>

Umyłam się i położyłam do łóżka. Wojtek przyszedł po chwili i zajął miejsce obok mnie

-Wrócimy jutro z rana do Lubina?
-Masz trening, prawda?
-Tak
-Jasne, ja też od poniedziałku już na uczelnię wracam
-A bym zapomniał, może uda się załatwić przedszkole dla Małego
-Porozmawiamy o tym jutro <odparłam słysząc, że wspomniany członek rodziny sie przebudził> Idź się myć <wygoniłam chłopaka>

Ukołysałam Szymka, bo na moje szczęście lekko się przebudził jedynie. Ułożyłam się spowrotem do łóżka i zasnęłam jeszcze zanim Wojtek zdążył wrócić z łazienki.

_________________________________________________________
Kochani...znów nawaliłam, przepraszam za zwłokę z rozdziałem. Nie miałam jakoś weny do pisania, do tego kilka wyjazdów, praca, ale wróciłam i postaram się dokończyć już niedługo to opowiadanie.
Kolejny rozdział za dwa tygodnie ;*
Do napisania, pokażcie kto tu ze mną jeszcze został ;3
Trzymajcie się ;**

niedziela, 9 lipca 2017

Rozdział 105 "Wiesz, że jeśli coś było pomiędzy dwójką osób, to nie będziecie nigdy dla siebie obojętni."

PERSPEKTYWA WOJTKA:
Zbudziłem się koło 9, wydostałem się z objęć Zuzy i zszedłem na dół. Położyłem się na sofie i włączyłem TV. Ledwo co spoglądałem na ekran przez zamykające się powieki, więc poszedłem do kuchni i zrobiłem sobie kawę. Poszedłem po ubrania do pokoju, gdy usłyszałem dzwonek telefonu Zuzy. Szybko po niego chwyciłem pod poduszkę na której spała dziewczyna. Szymek zaczął się wiercić więc pokołysałem Go w kojcu. Wyciszyłem dzwonek, aby nie obudzić Go w pełni. Szturchnąłem Zuzkę, a Ta ledwo otwierając oczy obdarzyła mnie na "dzień dobry" chłodnym, pretensjonalnym spojrzeniem. 

-Werka dzwoni <oznajmiłem, na co dziewczyna poderwała się z łóżka i wyszła z pokoju>

Wróciłem do kuchni, gdzie dopiłem kawę.

-Kotek, umówiłam się z Werką, zostaniesz z Szymkiem. <oznajmiła w biegu z ciuchami do łazienki>

Po chwili wyszła ubrana.

-Podwieźć Cię gdzieś? <spytałem>
-A Szymek? Wlaźli mają swoje Pociechy <i tak chciej tu mężczyzno być pomocny>
-Jak trzeba to się Nim zajmiemy, a gdzie pędzisz? <spytała Paula idąc z Tymkiem do kuchni>
-Do Łodzi, do Wery, mam zaraz autobus
-Na którą się umówiłaś? <spytała kobieta>
-Na 12:15 <odpowiedziała w pośpiechu upijając mi ostatnie łyki kawy i ubierając buty>
-Spoko, muszę jechać do Manufaktury i papiery do wychowawczego do pracy zawieźć <oznajmiła> 

Mam na 12 więc chwilkę wcześniej będziesz. Zjedz spokojnie śniadanie. <poleciła karmiąc synka>
Dziewczyna usiadła przy stole zdejmując uprzednio buty.

-Kawy dla pięknych Pań? <spytałem>
-Tak i już się tak nie podlizuj <skradłam Mu pocałunek>

Dziewczyny piły kawę i robiły śniadanie, a ja poszedłem się ubrać. Wychodząc z łazienki zaniosłem piżamę do pokoju, gdy przekroczyłem próg usłyszałem, że przebudził się Szymek, więc  wyjąłem Go z łóżeczka i przyniosłem do kuchni. Posadziłem na kolanach Zuzki i przygotowałem Mu kaszkę. Przekazałem dziewczynie gotowe śniadanie, aby nakarmiła dziecko, a ja przygotowałem sobie kanapki.

-Ooo tacy goście to skarb <przydreptał przeciągając się zaspany gospodarz i wyciągnął rękę w stronę talerzyka, na którym właśnie układałem kanapki>
-Ejj idź mi z tymi łapami <pacnąłem dłonią Jego pazerne łapy>
-Uważaj sobie <pogroził i wykorzystał moment mojego skupienia na Jego słowach zabierając jeden z elementów mojego śniadania>

Dokończyłem szykowanie kanapek i usiadłem przy stole. Dziewczyny wyszły z kuchni, aby się naszykować do wyjazdu. Szymek chodził po kuchni pijąc mleczko z butelki i coś gaworzył.

-Ejjj! <usłyszeliśmy głos Arka i płacz Szymka>

Pobiegłem do pokoju 7-latka i dostrzegłem siedzącego Malca na podłodze trzymającego się za twarz, Obydwaj chłopcy płakali. Podniosłem synka i przytuliłem do siebie, widocznie musiał wyjść z kuchni, gdy zagadałem się z przyjacielem.

-Arek co się stało? <wbiegł Mariusz z Tymkiem na rękach>
-No bo spałem i ktoś mnie pociągnął za włosy i niechcący Go uderzyłem, musiałem ręką machnąć przez sen, jak mi przeszkadzał <szlochał>
-Dobra, my idziemy opatrzyć rozciętą wargę i coś poradzimy na limo pod oczkiem. Nie płacz Arek, bo to Ten urwis zaczepił. Gdybyś nie spał byś tak nie zareagował. <tłumaczyłem sytuację>

Wyszedłem do łazienki, Szymek płakał wniebogłosy, aż przybiegła Zuza z góry. Zajęła się Smykiem i przemyła ranę na wardze, a do oczka przyłożyła ręcznik namoczony zimną wodą i wypytała mnie o szczegóły zdarzenia.

-Ty się kolego musisz trochę kontrolować, bo mając młodszego brata nie takie pobudki Cię czekają <zwrócił uwagę Arkowi tata>
-Mariusz daj spokój, specjalnie tego nie zrobił <wtrąciła Zuza widząc zapłakanego Arka> A to wina Jego opiekuna <spojrzała na mnie jak na nieodpowiedzialnego gówniarza>
-Chodź Młody śniadanie Ci zrobimy, a tata położy Tymka <ułożyłem plan>

Zająłem się przygotowywaniem grzanek z serem i pomidorem a chłopiec wspinał się po herbatę.

-Na którą masz do szkoły? <spytałem>
-Na 11 <oznajmił>
-To możemy Cię z Szymkiem zaprowadzić?
-Jasne <uśmiechnął się> Nie gniewam się na Niego wujek, bo jest zbyt malutki, żeby wiedzieć co robi
-On doskonale wie co robi, ale nie wie może, że to złe <filozofowałem>
-Wojtek, trzymaj Małego my z Paulą lecimy. Pa <cmoknęła dzieciaka w policzek, Arka w czoło, a mnie pocałowała namiętnie w usta>
-Kocham Cię <szepnąłem Jej na ucho, na co zareagowała promiennym uśmiechem>

Dziewczyny pojechały, a my z Mariuszem moglibyśmy otworzyć domowe przedszkole, gdyż po chwili wpadł Winiarski w podbramkowej sytuacji przyprowadzając do nas Antka.

-Przedszkole mi zamknęli, a muszę do Urzędu Skarbowego podjechać <wybiegając odjechał czym prędzej spod posesji>
-Chodź Antoś, zjesz grzankę <przywitał się z kolegą Arek>
-Nie...Tata <zaczął płakać>
-Tatuś zaraz przyjedzie, co Ty z wujkiem się nie pobawisz <kucnął koło Niego Mariusz>
-Piłką? <spytał z niemrawym uśmiechem>
-Możemy i piłką, ale może coś najpierw zjesz? Jadłeś śniadanie?
-Tak
-Pójdziesz z wujkiem i Szymkiem zaprowadzić mnie do szkoły? <spytał się Go Arek>
-Młody leć sie ubieraj, żebyś się nie spóźnił i zęby umyj <chłopiec otrzymał wskazówki od taty>
-Tak <nie jest wygadany po ojcu>
-To chodź ubierzemy Szymka, pomożesz mi? <chciałem Go czymś zająć> Zdejmij tylko kurtkę <poleciłem>

Poszliśmy do pokoju, gdzie przewinąłem i wspólnie ubraliśmy Szymka, który nie pomagał nam w tym zbytnio. Nie lubił się chłopak stroić. Poszliśmy umyć zęby, co oczywiście musiał robić sam i mógł tę czynność wykonywać godzinami. Gotowi wyszliśmy przed dom. Wsadziłem synka do wózka i wraz z chłopcami ruszyliśmy w kierunku szkoły. Pożegnaliśmy się z Arkiem, oczywiście chłopaki nie mogli się rozstać. Antek zobaczy swojego brata na korytarzu i próby rozdzielenia Ich skończyły się płaczem młodszego z Winiarskich. Wziąłem Go na ręce i obiecałem coś słodkiego...choć zapewne Dagmara by nie była z tego zadowolona. Mała próba przekupstwa zdała egzamin i po powrocie do domu chłopcy zajadali M&M'sy i zabawiali jeden drugiego różnymi pomysłami, a po drzemce dołączył do Nich Tymek, który leżał na macie interaktywnej na brzuchu i przyglądał się chłopakom podejmując wszelkich starań, aby się przewrócić na plecki.

PERSPEKTYWA ZUZY:
Wyjechałyśmy z Paulą około 10:30 wstępując jeszcze wcześniej do kawiarni na ciacho i kawę. Przyjaciółka wypytała o mój związek z Wojtkiem.

-Widzę, że Wam się układa <zagadała>
-Tak. No wiesz, bywają lepsze i gorsze momenty...między nami już chyba były wszelkie możliwe relacje. Ale chyba bym chciała się ustabilizować, ale mam taką niepewność, że może On mnie ze sobą na zawsze nie widzi <podzieliłam się z Nią swoimi przypuszczeniami>
-Głupia jesteś, On świata poza Tobą nie widzi. Jakby było tak jak mówisz, to by tak o Ciebie nie zabiegał..przypomnij sobie jak się starał, aby naprawić relacje między Wami.
-Może i masz rację. Ale już kiedyś myślałam, że się mi oświadczy, a teraz to minęło, ani nie rozmawiamy tak o przyszłości
-Wiesz, pojawiło się dziecko i to Ono przejęło Waszą główną uwagę
-Może i masz rację <biłam się z myślami>
-Zuzka, wrócimy do tego, ale teraz to ja muszę uciekać <zerwała się z miejsca i opłacając rachunek wyszła z kawiarni>

Trochę się zasiedziałyśmy, ale Werka przyszła wcześniej w umówione miejsce. Wypiłyśmy kawę i wyszłyśmy do parku. Podzieliłyśmy się swoimi przeżyciami i teraźniejszym trybem życia. Dziewczyna wyszła na prostą tak jak ja, choć ma trochę mniej pokomplikowane życie.

-Idziemy odwiedzić babcię Helę? <zaproponowałam>
-To Ty nic nie wiesz? <była zdziwiona>
-Ale o czym? <przestraszyłam się>
-Babcia Hela leży na OIOM'ie. Jest z Nią bardzo źle. Dwa miesiące temu zmarła Jej miłość życia odnaleziona po tylu latach i od tamtej pory ma problemy z sercem. Lekarze są bezradni.
-Idziemy tam? <przeraziłam się>

Po 45 minutach drogi byłyśmy na miejscu. Kupiłyśmy w bufecie gorącą herbatę, aby się ogrzać. Następnie weszłyśmy na salę OIOM'u zakładając uprzednio ochronny fartuch. Usiadłyśmy na krzesłach po przeciwnych stronach łóżka i złapałyśmy babcię za rękę. Spojrzałam na Werkę, później na leżącą staruszkę podłączoną do kilku urządzeń.


Odkąd Cię poznałam byłaś silna i tego samego uczyłaś mnie. Kiedyś myślałam, że taka właśnie jestem, ale dałaś mi do zrozumienia, że tak naprawdę ukrywam tylko bezradność. Pokazałaś mi co to jest miłość, walka i co to znaczy pogodzić się i pokochać życie. To dzięki Tobie jestem tu, gdzie jestem. <prowadziłam monolog>

Z moich oczu popłynęły łzy. Poczułam uściśnięcie dłoni, a zaraz po tym rozbrzmiał się dźwięk urządzeń. Aparatura zaczęła pikać, wyproszono nas z sali, do której co chwilę wbiegali nowi lekarze i wybiegały pielęgniarki wracając z jakimiś przedmiotami lub kolejnymi specjalistami. Po przeszło pół godziny niepewności i siedzenia z płaczem pod ścianą podniosłyśmy się stając na baczność na widok lekarza.

-Doktorze...? <spytałam niepewnie chcąc uzyskać informacji>
-Przykro mi <wydukał i odszedł>
-Nieee to nie prawda!! To nie może być prawda <stałam na środku korytarza i słowa wypowiedziane przez lekarza nie mogły do mnie dotrzeć...z osłupienia wyrwał mnie krzyk Werki i walenie dłońmi o szybę sali OIOM'u, gdzie leżała bliska nam osoba>
-Wera! <krzyknęłam na dziewczynę, która odwróciła się w moją stronę i przytuliła do mnie>

Do szpitala przyjechała dyrektorka Domu Spokojnej Starości, która nas przywitała i poszła również zapłakana do lekarza. 

-Nic tu po nas, chodźmy, nie chcę tu zostać ani sekundy dłużej <uznała dziewczyna>

Wyszłyśmy ze szpitala. Odprowadziłam przyjaciółkę na przystanek, a gdy odjechała udałam się na swój autobus, którego miejsce odjazdu było dwie ulice dalej. Gdy miałam skręcić w ostatnią prostą prowadzącą na przystanek jakieś auto zjechało przede mną na pobocze. Kierowca uchylił szybę.

-A co to za spacery o takiej godzinie? <spytał zawadiacko Kacper>
Faktycznie było już nieco po 20, więc jak przystało na kwiecień zdążyło się zciemnić.
-Wsiadaj podwiozę Cię <wyszedł z auta i otworzył mi drzwi>

Wykonałam polecenie, które było mi bardzo na rękę. Zajęłam miejsce pasażera obok kierowcy i po chwili odjechaliśmy. Kacper jak to Kacper... zagadywał, opowiadał, w każdym bądź razie buzia Mu się nie zamykała. Przymknęłam oczy, aby łzy nie wypłynęły z nich.

-Zuzia, co jest? <spytał troskliwie>
-Babcia Hela nie żyje <ponownie wybuchłam płaczem>
-Jak to? <był w szoku>
Libero zjechał na pobocze i zgasił silnik. Otarł palcami moje łzy i mocno przytulił.
-Kiedy to się stało?
-Dziś, chwilę wcześniej do Niej mówiłam i choć była nieprzytomna czułam jak ściska moją dłoń. To Ona wiele mnie nauczyła <łkałam, a Piechocki ponownie wycierał napływające na nowo łzy na moje policzki>

Nagle dłoń chłopaka zatrzymała się na moich kościach: jarzmowej i policzkowej.  Jego głowa osunęła się z moich włosów, gdyż wtuliłam się w Jego ramię, i oparł się swoim policzkiem o mój. Spojrzał mi w oczy i zanim dotarło do mnie co się dzieje, On zdążył oprzeć swe czoło na moim i musnąć ustami moje usta. Oprzytomniałam, gdy wsunął język do moich ust i zaczął mierzwić mój. 
Z moich oczu popłynęła rzeka łez, tym razem z innego powodu. Rozpięłam pas i wybiegłam z auta. 

PERSPEKTYWA KACPRA:
Po dzisiejszym wypadzie na siłownię z Facu i Nico udałem się do Łodzi odebrać swoje rzeczy pozostawione u mojej dziewczyny. Dokładnie od 3 dni to byłej dziewczyny. Słuchałem radia i wspominałem chwile z Dominiką, spędzone przy niektórych z tych piosenek, gdy zauważyłem znajomą mi sylwetkę. Widziałem, że coś nie gra. Spytałem, a gdy mi powiedziała o co chodzi, to byłem w szoku. Dziewczyna zaczęła płakać, zjechałem na pobocze. Przytuliłem Ją mocno i poczułem znów jakąś bliskość między nami. Od momentu, gdy jest z Wojtkiem dotarło do mnie, że naprawdę Ją pokochałem. Teraz, gdy Ją pocałowałem, wiem, że Dominika nie była moją miłością. Między nami się nie układało, a z Zuzą odkąd się znamy rozumiem się jak z nikim innym. Kiedyś byłem głupi, że Ją zraniłem. Teraz to ja mógłbym być na miejscu Włodarczyka. Nie wiem co mi odbiło. Tak długo układaliśmy nasze relacje po tamtym w przyjaźń, a jednym gestem to zepsułem. Zostałem w aucie, wolałem nie biec za Nią. Tu już "przepraszam" nie pomoże. Jaki ja jestem głupi. Pojechałem do swojego mieszkania, gdzie położyłem się na łóżku, puściłem głośno muzykę, co skończyło się interwencją sąsiadów. Chwyciłem za słuchawki, przez które ponownie wsłuchiwałem się w muzykę pijąc Whisky. 

PERSPEKTYWA ZUZY:
Wybiegłam z auta Kacpra. Nie rozumiałam tego co On robi. Przecież tyle wysiłku i zaufania włożyliśmy w to, aby zostać przyjaciółmi co On właśnie zepsuł. Usiadłam na pierwszej miniętej ławce i wyjęłam telefon. Do Wojtka nie zadzwonię, bo co ja Mu niby powiem...że co, że Go zdradziłam, choć tego nie chciałam? Przecież nic mnie nie usprawiedliwia. Fakt, że nie odwzajemniłam pocałunku, ale jednak miał On miejsce. Zadzwoniłam do Pauliny.

-Cześć, kochana gdzie Ty jesteś? <spytała troskliwie>
-Paulina....przyjedziesz po mnie? <spytałam błagalnym tonem zagłuszanym przez łzy>
-Spokojnie Gdzie jesteś? Zaraz wyjeżdżam <wyczuła, że coś się stało>
-Na Maratońskiej, skwer od strony ZOO <rozejrzałam się i przeczytałam nazwę ulicy z tabliczki>
-Nie ruszaj się stamtąd. Powiesz mi co się stało? Wychodzę <słyszałam głos Wojtka, który pytał czy to ja>
-Powiem Ci na miejscu <rozłączyłam się i spoglądając przed siebie wybuchłam jeszcze większym płaczem analizując co się stało i kiedy>

Po 30 minutach zobaczyłam jak Paulina podjechała. Ruszyłam  w stronę auta. Zjechała na parking, zgasiła silnik i popatrzyła na mnie.

-Zuza, powiesz mi o co chodzi? <na prośbę próbowałam się uspokoić i opowiedziałam Jej całe spotkanie z Werą aż do incydentu z Kacprem> Zuzka, dziecko <przytuliła mnie> Przykro mi z powodu Pani Heli, ale wiesz, że chorowała, teraz po stracie ukochanej osoby chyba zbyt wiele nerwów miała <oznajmiła>
-Taka klej rzeczy, ktoś się rodzi ktoś umiera, choć czuję smutek i rozpacz z tego powodu. Ale nie wybaczę sobie, jak przez Kacpra zostawi mnie Wojtek. Chyba też umrę z miłości... 
-Ty to głupia jesteś. Chodź, wrócimy do domu, ja uśpię Szymka, a najwyżej wyjdziecie sobie z Wojtkiem pogadać na taras czy usiądziecie na górze, żebyście mieli chwilę spokoju. Chłopak zrozumie. Tym bardziej, jak mówisz, że nie odwzajemniłaś pocałunku. Kacper zbyt miesza, Zuza macie nadal kontakt?
-Tak. Piszemy ze sobą praktycznie codziennie sms'y. 
-To nie ma sensu. Wiesz, że jeśli coś było pomiędzy dwójką osób, to nie będziecie nigdy dla siebie obojętni.

Wróciłyśmy do Bełchatowa około 21. Całą drogę się nie odzywałam. Układałam w głowie przebieg rozmowy z Wojtkiem. Weszłam niepewnie do domu i skierowałam się do łazienki. Doprowadziłam się do porządku, a następnie poszłam do Wojtka, który ubierał właśnie wykąpanego Szymka. 

-Cześć Słonko, już wykąpany czyścioszku? <wymusiłam uśmiech do Małego Skarbka>
-Dajcie mi Go, zajmę się Nim. Pójdziemy spać, co? <zagadała Paula do Szymka i puściła mi oczko, z przekazem "wszystko będzie dobrze>
-To mamy wolne <przeciągnął się z błogim uśmiechem Wojtek i objął mnie w pasie chcąc mnie pocałować, lecz do oczu napłynęły mi łzy i odepchnęłam Go>
-Wojtek, możesz na chwilę? <spytałam z przeraźliwym strachem>
-Dla Ciebie trwa każda moja chwila <Paulina pokiwała głową i blado się uśmiechnęła widząc jak chłopak jest we mnie zapatrzony>

Poszliśmy na poddasze do zajmowanego kiedyś przeze mnie pokoju. Usiedliśmy na dywanie opierając się o sofę. Wojtek chwycił mnie za kolano, lecz zdjęłam Jego dłoń i splotłam nasze palce. Spojrzałam Mu w oczy, a z moich popłynęły łzy. Patrzył na mnie ze strachem, przerażony i niepewny chyba wszystkiego.

-Zuza mów o co chodzi <wyznał drżącym głosem>
-Wojtek...bo widzisz, byłyśmy z Werą w szpitalu
-Jesteś chora na coś poważnego? <zamarł>
-Nie...nie chodzi o mnie. <odetchnął z ulgą> Wojtek, babcia Hela zmarła na moich oczach 
-Jak to babcia nie żyje? <patrzył na mnie wzrokiem, jakby błagał, żebym zaprzeczyła> A więc to o to chodziło. Nie musiałaś fatygować Pauliny, trzeba było po mnie zadzwonić. Tak mi przykro. 
-Nie o to... <szepnęłam mając nadzieję, że nie usłyszy> 
-Więc o co <wydawał się coraz bardziej poirytowany>
-Dobra...pewnie teraz mnie znienawidzisz, ale nie chcę Cię okłamywać, bo nie potrafię. Zbyt mocno mi na Tobie zależy by Cię okłamywać. Jeśli ode mnie odejdziesz, to zrozumiem <przedłużałam jak najbardziej było to tylko możliwe, gdyż bałam się, nie wiedziałam jak mam Mu to powiedzieć>
-Zuza do cholery mów! <krzyknął, aż Mariusz nas uciszył z dołu>
-Już...jak odprowadziłam Weronikę na autobus, to szłam w kierunku mojego przystanku <unikałam Jego wzroku> Zatrzymał się nagle jakiś samochód. To był Kacper. Wsiadłam i miał mnie podrzucić, nagle zaczęliśmy rozmowę. Zatrzymał auto, powiedziałam o śmierci babci Heli, na co mnie przytulił. Wojtek, ja niczego nie chciałam, kocham Ciebie, a On mnie pocałował. Odsunęłam się od Niego, odepchnęłam Go jak tylko do mnie dotarło co się stało... <ryczałam>  Uciekłam z auta i zadzwoniłam do Pauliny. <patrzył na mnie z bólem>
-To z Nim tak codziennie romansujesz? <oskarżył mnie, wtedy nie wytrzymałam i moja dłoń wylądowała na Jego policzku> 

Wojtek wyleciał z pokoju. Siedziałam zapłakana, głowę oparłam na skrzyżowanych rękach położonych na kolanach, po chwili ktoś usiadł obok mnie i mnie przytulił. Poczułam męskie perfumy. Ale to nie był zapach Wojtka...

-Zuza, Paula mi wszystko powiedziała <wyznał Mariusz>
-Gdzie Wojtek?
-Wybiegł z domu, wziął dokumenty i odjechał autem. 

Mariusz powiedział, że porozmawia jutro z synkiem prezesa, a następnie będę musiała zrobić to ja. 
Poszłam się umyć, zajęło mi to wieczność, gdyż woda dobrze zagłuszała mój płacz rozpaczy. Dlaczego ja jestem taka głupia i niczego nie podejrzewałam...no ale On ma dziewczynę, chodź ostatnio się Im nie układało w sumie. Usiadłam na łóżku w pokoju gasząc światło, do rana czekałam na Wojtka i próbowałam się do Niego dodzwonić bezskutecznie. Między Nami zaczęło się w końcu układać, teraz się boję, że coś mogło się stać, skoro nie odbiera, chodź ma powód do tego.
______________________________________________________________________________
Zbyt długo była tu sielanka. Sami się domagaliście jakiejś akcji, ponieważ wiało tu nudą.
Jak sądzicie, czy ta dwójka przetrwa kolejną próbę czy jednak będzie to już za wiele?

Przepraszam za opóźnienie...sesja, sprawy prywatne, trochę się dzieje i nie miałam głowy do dokończenia rozdziału. 

Do napisania. Mam nadzieję, że za dwa tygodnie ;**

niedziela, 18 czerwca 2017

Rozdział 104 " Ślub to nie jest taka bajka"

PERSPEKTYWA ZUZY:
Rano obudził mnie Mariusz.
-Zuza, proszę, przypilnuj Tymka, bo Paula na chwilę wyskoczyła, a ja na trening lecę <przekazał mi płaczące dziecko do rąk będąc przygotowany do wyjścia>
-Nie ma sprawy <odparłam ziewając>
-Chodź do mnie, cichutko <przytuliłam dziecko i próbowałam uspokoić> No tak, tata Cię podniósł z łóżeczka, ale przewinąć to już filozofia... <pokręciłam głową>

Poszliśmy z Tymkiem do Jego pokoju. Przewinęłam Go, następnie poszliśmy do kuchni, gdzie zrobiłam Mu mleko, które wypił w Kołysce. Przy moim akompaniamencie muzycznym zasnął. 

-Ty Go usypiasz czy straszysz? <zadrwił ze mnie Wojtek stojąc z Szymkiem na rękach oparty o framugę drzwi>
-Przytkaj się głupolu, bo Go obudzisz <skarciłam Go szeptem i zamknęłam za nami drzwi>
-Głupol <powtórzyła nasza Mała Papuga>
-Widzisz czego uczysz dziecka? <wytknął mi Wojtek> On nie wypadnie z tej kołyski?
-Nie, jest przecież przystosowana dla niemowlaków. <irytował mnie> Łóżeczko mają w sypialni, a w kołysce łatwiej się Go usypiało
-Cześć Zuza, mamy nie ma? <przytulił się do mnie zaspany Arek przecierając oczy dłońmi>
-O cześć, wyspany? <zagadałam do Niego> Musiała gdzieś pilnie wyjść, też Jej nie widziałam. Co na śniadanie? <spytałam młodego gospodarza>
-Yyyy omlet <zastanowił się>
-Robi się <uśmiechnęłam się> Zajmiesz się Nimi? <spytałam Wojtka>
-Jasne...co chłopaki, idziemy się pobawić? <od razu zaczęłam się obawiać>

Przygotowałam chłopakom omleta na oleju kokosowym z bananami, aby i Szymek mógł zjeść. Zrobiłam herbatę dzieciakom, a nam kawę. Weszłam z talerzami do pokoju, a moje oczy dostrzegły kolejną "mądrą" zabawę Wojtka. Na panelach były porozkładane gazety, na których każdy z chłopaków miał swoją kartkę. Maczali dłonie i stopy w farbkach plakatowych i odbijali na kartce. 

-Wujek  dla Ciebie do jest zbyt mała kartka... ona jest na stópki, a nie na kajaki <podsumował Arek, gdy część stopy przyjmujący odbił na gazecie>
-Ej, czy Wy oszaleliście <jęczałam>
-Tup-Tup <krzyczał rozanielony Szymek>

Chwyciłam Malca na ręce i udałam się do łazienki, gdzie umyłam Mu stópki. Po chwili dotarł tam również Arek skacząc na jednej nodze, a następnie Wojtek, który cwaniacko stanął na gazecie i szurał nogą po podłodze. Następnie dwaj najstarsi jedli śniadanie, a ja karmiłam siedzącego u mnie na kolanach Szymka. Gdy Młody podróżnik wyruszył na zwiedzanie nowego mieszkania, ja dokończyłam po Nim śniadanko. Nagle usłyszałam płacz. Podbiegłam do korytarza, gdzie Szymek leżał na najniższym stopniu schodów prowadzących na piętro i płakał.

-Co, upadłeś? <spytałam, jakbym oczekiwała szczegółowego wytłumaczenia> Chodź do mnie <podniosłam Go i mocno przytuliłam>
-Zuza, było pyszne <podszedł do mnie Arek z pustym talerzem>
-Dobra, to się ubiera teraz,  hmmm? <poleciłam>
-Cześć, już jestem <powiadomiła nas Paula>
-Mama <przytulił się do Niej synek>
-Daj mi się rozebrać <poprosiła> Mariusz z Tymkiem?
-Nie, Tymka położyłam spać, a Mariusz na treningu
-A no tak, dzięki Zuzka. Arek, rozpakuj te torby i weźcie sobie z Szymkiem Danonka <poleciła>

Poszłam na szybko do pokoju, gdzie wczoraj Wojtek wniósł nasze torby. Wyjęłam upominki dla chłopców.

-Proszę <schyliłam się do Arka przekazując w Jego ręce torebkę prezentową>
-Ooo będziemy mieć w co grać <ucieszył się> Dziękuję <stanął na palcach, pociągnął mnie za dłoń i dał Buziaki w policzek>
-A tu małe co nieco dla Tymka <przekazałam Pauli>
-Jejku, kochana dziękuję, ale nie trzeba było, rozpieszczasz Ich za bardzo <oznajmiła ostrzegawczo>
-Noo od tego jest ciotka <przytuliłam do siebie Arka i rozczochrałam Mu włosy>
-Zuza! <krzyknął 7-latek i pokazując palcem mojego niesfornego Maluszka kontynuował donos> On je plastik z Danonka 
-Chodź Szymciu, otworzymy <wzięłam Go na kolana i pomogłam dorwać się do jedzenia>
-To nie mogłeś Mu otworzyć? <spytała Paula syna>
-A co to za filozofia? <odparł>
-Arek, koniec dyskusji <upomniała Go mama>

Pomogłam Pauli przygotować składniki do zupy, a chłopcy siedzieli w salonie z Wojtkiem. Do kuchni wszedł w pewnym momencie siatkarz.

-Zuza, umówiłem się z chłopakami, chłopcy bawią się w salonie <oznajmił ubierając buty i wybiegł>
-Zuza!! Szymon pcha długopis do kontaktu <zamarłam na wiadomość Arka>
-Odepchnij Go <poleciłam i podbiegłam rzucając wszystko co miałam w rękach>
-Ała...<zaczął płakać Arek, a ja chwyciłam Malca, który chcąc włożyć długopis do gniazdka wbił go w rączkę Arka, którą chłopczyk zasłaniał dostęp do prądu>
-Dziękuję Aruś, pokaż rękę. A Pan coś się niegrzeczby zrobił, idziemy spać, a Ty chodź do kuchni, opatrzymy dłoń, bo masz ranę <opanowałam sytuację>

Arkiem zajęła się Paula, a ja przygotowałam mleko dla Szymka i poszłam ułożyć Go do snu.
Nieoczekiwanie zasnęłam sama, gdyż w nocy przeszkadzała mi w wyspaniu niepościelona, twarda sofa. Poczułam powiew powietrza i jakieś ciało obce na sobie. Otworzyłam powoli oczy i ujrzałam sylwetkę Pauli. 

-Śpij śpij <szepnęła>
-Nie,wstaję już <oznajmiłam i przykrywając Szymka opuściłam łóżko>

Zjedliśmy z Paulą i Arkiem obiad, a następnie Pani domu zajęła się najmłodszym domownikiem. Ja korzystając z chwili wolnego zadzwoniłam do Werki, bo dawno nie rozmawiałyśmy.

-No cześć kochana, co u Ciebie słychać <zaczęłam rozmowę, która trwała ponad 1,5 godziny>
-No to skoro jesteś w Bełku, to może się zobaczymy? <spytała na koniec>
-Pewnie <byłam zachwycona pomysłem> W tym celu też dzwonię, żeby się z Tobą umówić <stwierdziłam> Postaram się jutro zaangażować Wojtka w opiekę nad Małym, a jeśli nie, to wpadniemy we dwoje 
-Już skończyłaś? <spytał zrezygnowany Arek>
-Jak widzisz <uśmiechnęłam się do Niego>
-To chodź, zagramy w grę, którą mi kupiłaś  <zarządził>
-Arek, daj Zuzce odpocząć <upomniała Go mama karmiąc młodszego synka>
-A nie rozumiecie, że się stęskniłem <pisnął oburzony czym przestraszył Tymka>
-Nie męczy, spokojnie, chętnie z Nim pogram < odpowiedziałam Jego mamie> Też się za Tobą stęskniłam buntowniku <przytuliłam Go i zaczęłam gilgotać> No rozkładaj grę, a ja przyniosę nam coś do picia

PERSPEKTYWA WOJTKA:
Udało mi się wyrwać szybko z domu Wlazłych przed kazaniem Zuzy. Szybkim krokiem udałem się do naszej tradycyjnej bełchatowskiej pizzerii Ristorante 'Mamma Mia'. Tam czekali już siatkarze Skry. Przywitaliśmy się, złożyliśmy zamówienie, złączyliśmy dwa stoły aby wszyscy się zamieścili i przeszliśmy do przeróżnych tematów. Brakowało mi Ich, a wtedy mogliśmy się nagadać za wszystkie czasy, bo na meczach, to ogranicza nas plan oraz siły. Gdy uzupełniliśmy kalorie większość, szczególnie młodszego nabytku drużyny postanowiła wrócić do domu. Uregulowaliśmy rachunek, a my zostaliśmy jeszcze na miejscu. Zostaliśmy z Mariuszem, Michałem, Srećko, Andrzejem, Karolem, Facu, Uriarte oraz Kacprem. Powspominaliśmy stare, dobre czasy, wspólne akcje. Opowiedzieliśmy sobie o swojej codzienności. Spędziliśmy tam z dobre 3-4 godziny.

-Ej, tak w ogóle, to co Ci się stało w tę rękę? <spytał Karol>
-Aa dość poważne stłuczenie, ale już lepiej. Oszczędzam trochę rękę, nie gram, Szymka jak noszę to opoeram Go sobie na drugiej ręce <unikałem opisu sytuacji>
-Na treningu? <dopytywał Michał>
-Nie  ale tydzień i wracam do gry 
-Wyczuwam udaną historię, skoro unikasz odpowiedzi <zaśmiał się Andrzej>
-Aaa no będziesz miał dzieci to zrozumiesz <zbyłem Go, tzn miałem przynajmniej taką nadzieję>
-Co, dziecko dla Ciebie zaciężkie <nabijał się Srećko>
-Ehhh, no wychodząc spod prysznica nie zauważyłem autka Szymka na podłodze i pojechałem, a upadając przywaliłem łokciem w kafelki. <chłopaki już prawie płakali ze śmiechu> Ha-ha-ha bardzo śmieszne <zironizowałem>
-Ojj no nie denerwuj się, a to jedna z tych głupich dla sportowca kontuzji <śmiał się libero>
-Darowałbym Ci ten komentarz, gdybyś sam niedawno nie przywalił stopą w szafkę nocną i nie grał tydzień czasu <znów reszta wybuchła śmiechem>
-Ojj nie moja wina, że prądu w hotelu nie było <mina Mu zrzędła>
-Dobra ludziska, czas do domu, dzieci mi płaczą <zaapelował Misiek>
-Za Tobą? phii <prychnął drocząc się Mariusz>
-Dobra, koniec zgromadzenia. A tylko przypominam tu zgromadzonym, że za 1,5 miesiąca kończymy rozgrywki... no niektórzy wcześniej <wyszczerzył się Kłos w moją stronę, na co jedynie się pokrzywiłem> i bawimy się na moim weselu 

Tłum rozjuszył się hurraoptymizmem. Pożegnaliśmy się z chłopakami i wróciłem z Mariuszem do domu. Przy wejściu przywitał nas duży hałas. Zgłębiliśmy się w pomieszczenie i w salonie ujrzeliśmy jak Szymek z Tymkiem siedzą w niewielkim basenie z piłkami pod czujnym okiem Pauli, a Arek gra w jakąś grę z Zuzką. 

-Obiad macie w kuchni <poinformowała Paulina>
-Masz dziś trening jeszcze? <spytałem Mariusza, gdy usiedliśmy do posiłku>
-Nie, tylko jeden był dzisiaj <oznajmił, a do mnie przydreptał Szymek>
-Mariusz zostajesz już w domu?  <spytała Go zona>
-Raczej tak 
-To super, bo Wojtek też, a my idziemy na babski wieczór <oznajmiła Zuza>
-Ale...<zatkało nas>
-Zajmiecie się dziećmi, Wy rano mieliście luz  to my rezerwujemy wieczór <ciągnęła ten pomysł Paulina> 

PERSPEKTYWA ZUZY:
Paulina przekazała Mariuszowi Tymka. Poszłyśmy się wyszykować, a następnie Paulina wzięła od męża dokumenty i kluczyki i żegnając się z dziećmi odjechałyśmy sprzed posesji. Naszym celem było kino, gdzie obejrzałyśmy sobie świetny film pt. "La la Land". Po seansie, który wywołał u nas niemałe emocje udałyśmy się na kawę. W znajdującej się w Galerii kawiarni spotkałyśmy Karola z Olą.

-A dzień dobry <podeszłam do dziewczyny od tyłu, łapiąc Ją za barki, na co wystraszona ppisknęła>
-Ty małpo mała! <szturchnęła mnie wstając, a następnie witając się>
-A Wy tak same? <spytał siatkarz oferując nam dołączenie do Nich>
-Tak,chłopaki dzieci pilnują, a my mamy babski wieczór <wytłumaczyła Paula>
-Noo my szukamy sukienki dla mnie, ale Karolek się znudził <Ola była wyraźnie zła na swojego faceta>
-Ojj cukier mi spadł i musiałem sobie go podnieść <tłumaczył się dziecinnymi wymówkami pokazując końcówkę krówki na Jego talerzyku>
-Dobra, to może dołączysz do nas i coś znajdziemy?  <zaoferowałam>
-To ja się zmykam do Mariusza <szybko włożył resztkę ciasta do buzik i nadzwyczajniej uciekł>

Zamówiłyśmy z Paulą kawę, Ola dokończyła swoją w trakcie naszej rozmowy. Następnie aż do zamknięcia sklepów odwiedzałyśmy kolejne kolekcje.

-Ola co to za impreza? <spytałam w trakcie zmieniania sklepu>
-Na zmianę na weselu <oznajmiła> No i jakąś na panieński. A właśnie, czujcie się obowiązkowo zaproszone <oznajmiła>
-No pewnie, że będziemy <zapowiedziałyśmy się>

Znalazłyśmy upragnione modele przyszłej panny młodej, a następnie pojechałyśmy do Jej mieszkania schować zakupy i aby pokazała nam swoją suknię ślubną. Spędziłyśmy tam z jakieś 2,5 godziny.

PERSPWKTYWA WOJTKA:
Dziewczyny chyba zbuntowały się za moje zniknięcie i swobodę w planowaniu dnia. Zostawiły nas samych z trójką dzieci. Szymek wynalazł sobie zabawę wchodzenia na sofę i skakania na mnie leżącego na dywanie. Mariusz siedział na fotelu usypiając Tymka, a Arek starał się z Nami oglądać ligę angielską.
Przez wrzaski mojego syna najmłodszy z grona co chwila się przebudzał, a my nie mogliśmy  skupić się na kibicowaniu. 

-Idę położyć w pokoju Małego <oznajmił gospodarz>
Zanim wrócił Mariusz ktoś zapukał do drzwi. 
-Otworzę <oznajmił Arek>
-Ile razy Ci mówiłem, że sam masz nie otwierać drzwi <w porę zareagował ojciec>
-Cześć, Wasze dziewczyny zabrały mi Olę i latają za sukienkami, więc postanowiłem Wam potowarzyszyć <w przedpokoju po chwili rozbierał się Kłos>
-Zapraszamy, napijesz się czegoś? <zaproponował atakujący>
-Herbatę poproszę  <złożył zamówienie i dołączył do nas>
-Szymek, Ty też mecz oglądasz? Patrz weźmiemy piłkę i pogramy <Karol wpadł na pomysł zainteresowania Malca i chwycił za leżącą pod stołem szmacianą piłkę>

Po chwili usiedliśmy wszyscy przed zieloną murawą i tysiącami kibiców. Arek kopał piłkę z Szymkiem. Koło 20 zadzwoniła Paula, akurat Mariusz poszedł przewinąć i nakarmić Tymka. Na polecenie właściciela telefonu odebrałem połączenie. I to był błąd!

-<przeprosiłem przyjaciela i udałem się do Mariusza> Ejj dostaliśmy instrukcję obsługi <zadrwiłem po rozłączeniu połączenia>
-Ehmmm no dobra... to  instruuj przyjacielu <śmiał się mówiąc do dziecka>

Gdy przechodziliśmy do kuchni z zamiarów przygotowania kolacji dzieciakom i położenia Ich spać zauważyłem jak Karol z Arkiem skaczą z emocji siedząc na kanapie, a Szymek sam wynalazł sobie zabawę.

-Dziecko!! <wydarłem się gdy stojąc na krześle przy stole machał cukierniczką rozsypując jej zawartość po całym pokoju> Ojj ancymonie Mały, a Ty nie widzisz co On robi? <miałem pretensje do środkowego>
-Ja? Ja mecz oglądam <burknął>
-Chodź, zjemy kolację <chwyciłem Go na ręce>
-Arek, chodź do nas <zawołał Go tata i poszliśmy w trójkę do kuchni> Siadaj tu na krześle i trzymaj brata ostrożnie <polecił>

Po chwili karmiłem Szymka kaszką, Mariusz Tymka mlekiem, a Arek jadł kanapki. Następnie Mariusz kąpał najmłodszego członka rodziny, a ja sprzątałem bałagan spowodowany przez Szymka, którego trzymał tym razem Karol pod swoim czujnym okiem. Musiałem odkurzać, gdyż inaczej z dywanu cukru wybrać się nie dało. Później ja wykąpałam swojego brzdąca i utuliłem do snu. W spokoju rozmawialiśmy po zakończonym meczu, a Arek czekał z nami na dziewczyny, gdyż Zuza obiecała Mu bajkę na dobranoc, a bez tego nie zasnął. 

-Wojtek mówię Ci, ślub to nie jest taka bajka... <jęczał Kłosik>
-Co się dzieje? <spytałem>
-Rozmyśliłeś się? <zdziwił się Mariusz>
-Nie, po prostu mam dość tego planowania, dość łażenia po sklepach, restauracjach...
-Uroki ślubu właśnie... A no właśnie, Wojtuś myślisz coś poważniej o Zuzce? <dopytywał Jej prawny opiekun>
-Odkąd Ją znam <udałem głupiego>
-Pomyśl, tym bardziej, że u Was jest dziecko <sprowadził mnie na ziemię>

Naszą debatę przerwał powrót dziewczyn. Karol zebrał się i wrócił do siebie. Zuza poszła opowiedzieć bajkę Arkowi, a ja wykąpałem się. Zanim wróciła po kąpieli do pokoju Szymek się przebudził. Przewinąłem Go i przynosząc herbatę w butelce dałem pić, a przy noszeniu na rękach usnął. Zuza przyszła, opowiadała przebieg Ich dzisiejszego wieczoru, przy czym po prostu zmorzył mnie sen.
______________________________________
Misiaki, tym razem o czasie leci do Was kolejny rozdział. I znów się troszeczkę rozpisałam xD
Mam nadzieję, że wyjdzie to na plus, a nie zanudzę Was ;3
Kolejny za 2 tygodnie, chyba że sesja mną zawładnie na dobre ;D
Buziaki i miłego czytania ;**

piątek, 2 czerwca 2017

Rozdział 103 "To potraktuj to jako kwestię do przemyślenia"

PERSPEKTYWA ZUZY:
Około 9 doczekaliśmy się z Szymkiem, aż głowa rodziny się obudzi. Tzn może nie koniecznie sama z siebie, ale cel został osiągnięty. Szczególik jest taki, że poszłam do toalety, zostawiając Szymka podróżującego po mieszkaniu. Tym czasem podreptał swoim jeszcze niekiedy chwiejnym krokiem do sypialni, do której, jak się okazało drzwi były jedynie przymknięte. Chłopiec wdrapał się na łóżko prawdopodobnie wspinając po kołdrze i stojącej obok szafce nocnej i rzucił się na swojego tatę. Wojtek obudził się z jękiem. Przyszłam do pokoju i ujrzałam, jak Mały szarpie Go za włosy i ma przy tym niesamowitą uciechę.

-Ty się nie śmiej, bo przeszedł na Niego Twój charakterek <docinał mi rzucając we mnie poduszką>
-Że niby po mnie? phii <strzeliłam oczywiście focha i opuściłam pokój>

Po chwili do kuchni, gdzie przebywałam gotując mleko na płatki owsiane na śniadanie, wszedł Wojtek. Skulony prowadził synka za rączkę. 

-Już koniec tej obrazy majestatu? <spytał przytulając się do mnie>
-Przestań <odparłam, gdy błądził ręką pod moją bluzką od piżamy> Dziecko jest w kuchni
-To się na mnie nie gniewaj <oznajmił, jakbym miała sama się domyśleć, że to jedyne rozwiązanie>
-Bo Ty się godzić tylko przez łóżko potrafisz <znów po chwili żałowałam, że nie ugryzłam się w język>

Chłopak zebrał się z pomieszczenia, po chwili mignął mi w drodze do łazienki, a po kolejnych kilku minutach opuścił ją ubrany. Nie minęło 5 minut jak opuścił mieszkanie. Zrobiłam Młodemu kaszkę na śniadanko oraz pokroiłam na talerzyk jabłko, a do picia zaparzyłam herbatkę. Posadziłam w Jego krzesełku i oczywiście sam zajadał swoją porcję. Ja postawiłam na owsiankę z bananem. Po posiłku wypiłam kawę, a gdy Szymek skończył konsumpcję umyłam Mu buźkę i rączki, przewinęłam, ubrałam i puściłam do zabawy. Pozmywałam naczynia i sama poszłam ubrać się.  W międzyczasie dzwoniłam do Wojtka, to znaczy próbowałam się dodzwonić, lecz bezskutecznie. Założyłam chłopcu buciki i kurteczkę, po czym sama założyłam odzienie wierzchnie i wybraliśmy się na zakupy. Spacerowaliśmy po Galerii w celu znalezienia jakiegoś drobiazgu dla Tymka. Weszliśmy do "Smyk'a", gdzie chłopiec oczywiście musiał wyjść z wózka i bawić się ogromnym misiem. Ja znalazłam zawieszkę do łóżeczka oraz komplecik kaftaników i śpioszki. W ręce wpadła mi fajna gra i od razu skojarzyłam ją z Arkiem. Oczywiście nie mogłam wyjść ze sklepu bez zakupu dla mojego Maluszka. Zauważyłam ładne body a'la koszula oraz wersję jeansową, które szybko przyłożyłam do dziecka i po chwili wylądowały w torbie. Zapłaciłam za zakupy i opuściliśmy sklep. Oczywiście Szymek wpadł w płacz, bo musiał rozstać się z nowo zaprzyjaźnionym misiem. Zapłakanego wsadziłam do wózka i kucnęłam przy Nim . 

-Skarbie, misio musiał zostać tutaj, w swoim domku. Mamusia nie ma tyle pieniążków. Jeszcze kiedyś go odwiedzimy, zgoda? <tłumaczyłam Mu>
-Misio, pa pa <otarł łezki i poszliśmy dalej>

Wstąpiliśmy jeszcze do miejscowych delikatesów na terenie obiektu, gdzie kupiłam coś na obiad, jakąś słodycz dla dzieciaków Wlazłych oraz mus Gerbera dla Szymka na drogę.
Prowadząc "rozmowę" na temat jutrzejszej wycieczki wyszliśmy z Galerii ówcześnie ubierając spowrotem odzienie wierzchnie. Zmierzając do domu obniżyłam siedzenie w wózku dziecka, co poskutkowało drzemką. Wchodząc na nasze osiedle dostrzegłam siedzącego na ławce przy pobliskich działkach Wojtka. Udałam się tam. Postawiłam wózek z boku ławki i położyłam swą dłoń na Jego ramieniu, gdyż stałam za Jego plecami.

-Wojtek, przepraszam...miał to być żart, a wyszło jak zwykle <wyszeptałam Mu do ucha, kładąc głowę na Jego barku>
-Naprawdę tak o mnie myślisz? <wstał i przez ławkę patrzył na mnie z żalem>
-Nie <było mi głupio>

Wyszłam zza ławki i wtuliłam się w Niego. Było mi głupio, bo wiem, że potrafię przekroczyć granice. Pospacerowaliśmy wzdłuż działek dochodząc nad staw. Usiedliśmy na brzegu na kocyku wyjętym spod wózka Szymka i wtuleni w siebie rozmawiając podziwialiśmy piękno przyrody. Z letargu wyrwał nas płacz Szymka. Wyjęłam Go z wózka i posadziłam obok nas, ale nie interesowała Go taka forma spędzania czasu na świeżym powietrzu. Kawaler już nauczył się chodzić, miał ponad roczek, więc interesowało Go wszystko oprócz posłuszeństwa. Zagadaliśmy się z Wojtkiem, lecz refleks, który posiada chłopak zdał swoją rolę, gdy Szymek stał już na delikatnej skarpie siatkarz zerwał się z miejsca, podbiegł do Malca. Wykrzyczałam w trakcie tej akcji imię dziecka, co wywołało jedynie zwrot sytuacji, bo Maluch się wystraszył, lecz tata złapał Go w momencie, gdy już się zsuwał. Wojtek przytulił Go do siebie, a następnie przekazał mi na ręce, a sam wziął wózek i zebraliśmy się do powrotu.

-Widzisz synku, trzeba słuchać tatusia i mamusi. <zwróciłam Mu uwagę>

Poniosłam Go chwilę w drodze do domu, do wózka nie chciał wsiąść, lecz wyrywał się do dreptania samemu. Już nawet chodzenie za rękę Mu zawadzało. Buntownik się z Niego robi. Szliśmy z Wojtkiem objęci prowadząc wózek, tuż przed nami szedł Szymek.

-Własnymi ścieżkami Pan już chodzi? To może pójdziesz ze mną? <na trening wyszedł Kadziewicz i akurat biegł tą dróżką>
-On chętnie pójdzie bez mamy, samosiek Mały <musiałam skomentować oburzonym tonem>
-Oooł widzę, że ktoś tu zazdrosny... Spokojnie, syndrom opuszczonego gniazda Cię jeszcze nie dotyczy <Łukasz musiał wypróbować swoich żartów na mnie i oczywiście wraz z Wojtkiem wybuchli śmiechem>
-Ty tak się katujesz, bo w kadrze się nie mieścisz? <nie mogłam sobie darować odpowiedzi na Jego docinki>
-Zuza <warknął Wojtek>
-No co? <oburzyłam się>
-Nic, nic... my tak z koleżanką żartujemy <wytłumaczył sytuację redaktor>
-No oczywiście <uśmiechnęłam się zadziornie>
-Szymon! <krzyknęłam, gdy kucnął na drodze i wwsadzał do buzik ziemię>
-Żarlok mały <słyszałam komentarz znajomego mojego chłopaka> 
-Ojj tak. Masz wodę wypłucz Mu buzię i idziemy do domu <oznajmił Włodarczyk>
-Wpadnę w tygodniu na Was trening to pogadamy, nie przeszkadzam i lecę dalej <oznajmił> 
-Mam małą  kontuzję i zwolnienie na tydzień <sprecyzował siatkarz>
-Lubin nie taki duży, znajdziemy się. Numer masz <oznajmił na odchodne i pobiegł dalej>
Cześć Zuza, cześć Szymek <pomachał>
-Pa Łukasz <odwzajemniłam gest>

Przemyłam dziecku buzię, po czym Wojtek wziął Go na barana i tak dotarliśmy do domu. 

-Wojtek trzeba Mu kupić spacerówkę <stwierdziłam przy klatce>
-Nie trzeba <oznajmił obojętnie>
-Jak to nie trzeba? <zirytowałam się>
-No po prostu... ten wózek można zmienić na spacerówkę. 
-A już myślałam, że tak bagatelizujesz syna 
-Przecież ja poza Wami życia nie widzę głupku <pocałował mnie w głowę>

Weszliśmy do mieszkania, gdzie rozebraliśmy się z odzienia wierzchniego i zajęłam się obiadem, a chłopaki zabawą. Zrobiło się podejrzanie cicho w pokoju, gdy włożyłam rybę w glazurze z żurawiny, a dla Szymka sama rybka z warzywami obok również wylądowała w piekarniku w osobnym naczyniu; udałam się do sypialni, gdzie chłopaki zbudowali sobie "bazę" i świetnie się bawili. Wyszłam do kuchni wyłączyć ryż, który się gotował, a gdy chciałam wejść do pokoju ujrzałam na drzwiach kartkę "Kobietom wstęp wzbroniony". No nie...jeszcze będzie coś chciał.

-Chłopaki! Obiad! <zawołałam>
-Idziemy <odpowiedział Wojciech>

Po chwili przyszli... ale z jakim efektem. Myślałam, że padnę ze śmiechu. Na Ich widok zgięłam się w pół i usiadłam na podłodze jedną ręką trzymając się za brzuch, a drugą ocierając łzy z oczu. Wojtek miał na sobie białą koszulę i nałożoną na to moją chustę przepasaną a'la kamizelka, czerwoną apaszkę zawiązaną na głowie, na oko przysłonięte płatkiem higienicznym zaklejony czarną taśmą. Na nogach miał dresy z jedną nogawką podwiniętą do kolana i białe, długie skarpety. Do dłoni miał przyklejoną linijkę. Szymon zaś był przepasany pieluszką, a na nogach miał dresy ubrane na wzór wyższego z chłopaków. Oczko również zakleone było w ten sam sposób i miał dorysowane markerem wąsy. Na główkę miał założone majtki. 

-Czy Ty jesteś normalny? <spytałam przez łzy>
No co? mam grać z Nim na kompie i PS'ie? Wymyśliłem zabawę. <wytłumaczył>
-Ja Wam muszę zrobić zdj <oznajmiłam> 

Stanęli w pozycji walecznej. Małemu Wojtek dał Jego plastikowy nożyk. Pstryknęłam fotkę i zasiedliśmy do posiłku. Szymek już nawet nie dał mi się nakarmić, a cały był w rybie i warzywach po skończeniu jedzenia. 

-No, jak to prawdziwy pirat w swoim morskim żywiole <zaśmiał się pomysłodawca zabawy>
-Umyj Go, a ja idę  spakować kosmetyki i jedzonko Szymka i będziemy się zbierać, bo już po 13. Wepchamy się w gigantyczne korki. <mruczałam>
-Kobieto nie marudź <musnął ustami moje czoło i wypełnił polecenie>

Ja udałam się wypełnić moje założenie. Około 14 rozebrałam Szymka, Wojtek w tym w
czasie zniósł torby do bagażnika. 

-Zmień wózek na spacerówkę <poprosiłam, gdy schylił się po torby>
-Zuza, dzisiaj? Musiałbym części z szafy zdjąć i chwilę się pobawić z tym <marudził>
-Wzrost Ci w tym pomoże, a filozofia z tym duża się nie wiąże <przewrócił oczywiście oczami i wypełnił prośbę> Kocham Cię <krzyknęłam za Nim>

Gdy przeszłam z Szymkiem do kuchni, aby dać Mu pić oraz banana przed podróżą, to widziałam jak Wojtek męczy się z pojazdem syna. Posadziłam Go w Jego krzesełku i poszłam pomóc mojemu chłopakowi. Zajęło nam to jakiś kwadrans, po czym definitywnie byliśmy gotowi do wyjazdu.
Chłopak zszedł pierwszy, ja kończyłam ubierać do wyjścia Szymka i zamykałam dom. Kierowca pakował właśnie wózek, gdy zeszłam z dzieckiem do auta. Zapięłam Go w foteliku i zajęłam obok Niego miejsce. Oczywiście moje słowa się spełniły i wylądowaliśmy w korkach, choć nie były one takie tragiczne. Po drodze zatrzymaliśmy się dwa razy, by przewinąć i nakarmić Szymka, a później płakał i w aucie nie mogłam Go uspokoić. Gdy wjechaliśmy na posesję Wlazłych od razu wyszedł po nas Arek, który otworzył mi drzwi od auta, a następnie nie dał wysiąść, bo wskoczył mi na kolana i przywitał przytulasem. 

-Arek puść Zuzę, będziesz Ją miał przez kilka dni <z wybawieniem przyszła mi Paula>
-Na wyłączność <zaznaczył 6-latek>
-Z tym bym trochę dyskutował <wtrącił Wojtek>
-To lepiej zamilcz <dobitnie uciszył Go chłopiec>
-Arek! <negowała Jego zachowanie mama>Zapraszam do domu <poleciła gospodyni>
-Szymek śpi, posiedzę z Nim tutaj, żeby się nie przestraszył jak się obudzi <postanowił Wojtek>
-Wujek, idź. Ja z Nim zostanę <Arek wypuścił mnie z objęć i zajął moje miejsce opierając się o siedzenie i obserwując pochłoniętego snem Malca>
-Arek, ale nie obudź Go, dobrze? <mama była ostrożna>
-Jasne <okazał złość na brak wiary w Niego i przewrócił oczami>
-Dobrze, tylko Go nie zbudź i jak się obudzi to przyjdź po nas <poprosiłam>
-Pewnie Zuzka <odesłał mnie uspokojoną swoim uśmiechem>
-Tak, wczoraj uspałam Tymka to siedział przy łóżeczku i wpatrywał się w niego < wyznała Paula>
- A gdzie twój mąż?
-Trening ma <wywróciła oczami> Napijecie się czegoś? <spytała wprowadzając nas w głąb domu>
-A poproszę kawę <oznajmiłam> 
-To ja herbatę <poprosił Wojtek i przeprosił wychodząc z kuchni z powodu dzwoniącego telefonu>

Po chwili wrócił sprzed domu przynosząc wysłanego kawalera, a obok Nich kroczył Arek.

-Idę pokazać Szymkowi Tymka...może wstał <oznajmił>
-Arek,  nie zbudź Go, w nocy mało spał <ostrzegła mama>
-Chodź nakarmimy i przebierzemy Szymka <zawołałam Go, co spotkało się z zaakceptowaniem ze strony chłopca>
-A przejdziemy się później? <naciskał>

-Być może <odpowiedziałam nic nie obiecując>
Po zajęciu się Malcem oczywiście przy pomocy Arka wróciliśmy do kuchni, gdzie Wojtek popijał herbatę. Chłopcy bawili się w przejściu pomiędzy kuchnią a salonem, a ja wypiłam sobie kawę rozmawiając z Paulą.

-Zuza, to idziemy na spacer? <drążył temat Arek> 
-No dobra Młody, zbieraj się <odpowiedziałam> Idziesz Szkrabie z nami? <podeszłam do Szymka i podniosłam Go na wysokość swojej twarzy uśmiechając się przy tym szeroko i całując w czółko>
-Tia <zaśmiał się klaskając w rączki>
-To ja też idę <zerwał się Wojtek>

Ubraliśmy się i mieliśmy wychodzić, gdy Paula poprosiła o zrobienie zakupów, więc mieliśmy cel naszej wyprawy.  Chwyciłam Wlazłego Junior za rękę, a Wojtek prowadził wózek synka. Szymek oczywiście odkąd zaczął chodzić nie jest zadowolony z uzależnienia od kogoś i robi wszystko by zakończyć przyjaźń z wózkiem. Wstąpiliśmy do pobliskiego Lidla, gdzie zrobiliśmy zakupy. Musiałam wyjść ze sklepu z Szymkiem, bo chciał chodzić sam, a jak pozwoliliśmy Mu na to oczywiście pd czujnym okiem, to zaczął wchodzić na paletę, gdzie stał worek z orzeszkami. Gdy Go zabrałam stamtąd był płacz, więc przekazałam Wojtkowi swój telefon z listą zakupów i wyszłam z Maluszkiem na zewnątrz. Tam skorzystaliśmy z ustawionej rampy dla rowerów i deskorolek, gdzie dziecko uczyło się wspinaczki. Nie posiedzi ten dzieciak, ale bez Niego byłoby nudo. Nie oddałabym Go za żadne skarby świata, a z Wojtkiem traktujemy Go jak swojego syna. Po przeszło 20 minutach chłopaki wyszli z torbami ze sklepu i włożyli je do wózka. 

-Arek do której tata ma trening? <spytał Wojtek chłopca. który prowadził z Nim Małego za rękę, a ja pchałam wózek>
-A nie wiem...wyjechał jakieś pół godziny przed Waszym przyjazdem, czyli możliwe, że jeszcze max z godzinę, może mniej <analizował>
-No to obieramy kierunek Energia <zacieszył były bełchatowianin>
-Wujek, obawiam się, że ta energia własnie się skończyła Szymkowi <zauważył chłopiec, gdy najmłodszy uczestnik naszej wycieczki usiadł na ulicy>
-Wojtek, weź Go na ręce zamiast robić Mu zdjęcia. Zimno jest <byłam zażenowana Jego postawą>
-Już już <miauczał>

Po chwili dotarliśmy na halę. Weszliśmy do obiektu, lecz w holu podszedł do nas ochroniarz.

-Przepraszam, to zamknięty trening <powiedział do naszych pleców>
-Dzień dobry Panie Zbigniewie <odwrócił się Wojtek, po chwili przywitałam się ja i kolejno Arek>
-A dzień dobry, ojj nie poznałem, przepraszam. Jak najbardziej proszę wejść. Jak się u Pana układa? <podszedł bliżej i się zawstydził tą gafą>
-W prządku, półmetek sezonu i niestety kontuzja, ale szybko się wyleczę i wrócę wyszarpnąć Wam tytuł <zaśmiał się przyjmujący>
-No tak łatwo skóry zedrzeć nie damy <odwzajemnił żart pracownik> Wchodźcie, bo dzieciak się do taty wyrywa <wskazał Arka ciągnącego Zuzę za rękę w kierunku sali treningowej> a niedługo zakończą grę

Weszliśmy na salę, gdy akurat Kłos widowiskowo zakończył atak. Wojtek stanął z zawadiackim uśmieszkiem, puścił Szymka, który wyrywał Mu się z objęć i bił brawo. Wówczas wszyscy zwrócili na nas uwagę.  Wojtek od razu poszedł się witać ze sztabem próbując nie przeszkadzać kolegom z byłej drużyny. Ja z chłopakami dostałam od Stortiego piłkę i pokopałam trochę z pociechami. Po treningu przeszliśmy na parkiet. Po chwili ktoś podbiegł i złapał Szymka w pasie podrzucając Go do góry. Malec rozpłakał się z przestraszenia. 

-Ojjj chyba coś poszło nie po mojej myśli <przestraszył się winowajca i oddał mi dziecko wołające "mami!! mami!!">
-Kacper...dzięki za dodanie zajęcia, bo było mi już nudno <oczywiście na ustach pojawił się mój odwieczny sarkazm>
-Ej złośnico <pocałował mnie w policzek>
-Kacper! <przestraszyłam się Jego czynów>
-Co? Spokojnie, to na przywitanie najlepszej przyjaciółki <zbagatelizował problem>
-No dobrze...my pójdziemy już. Aruś odłóż piłkę i uciekamy. <Szymek przytulił się do mnie i jeszcze mruczał sobie>

Dołączyłam do Wojtka, który na korytarzu rozmawiał z Falascą. Chwilę porozmawialiśmy, a chłopcy pobiegali po korytarzu. Gdy dołączył do nas Mariusz zebraliśmy się, ubrałam Szymka i wyszliśmy do auta po drodze zamieniając kilka słów z duetem zaprzyjaźnionych środkowych. 

-Wojtek złóż wózek i wpakuj do bagażnika <oznajmił kierowca idąc z synkiem na rękach>
-Się robi <zasalutował prześmiewczo Wojtek>
-On nic a nic nie zmądrzał <podsumował Go atakujący, gdy zapinaliśmy w fotelikach dzieciaki>
-Słyszałem!! <oburzył się lubinianin>
-To potraktuj to jako kwestię do przemyślenia <sprecyzował dobitnie>

Po powrocie do domu pomogłam Pauli w kolacji. Chłopaki w trójkę nakarmili dwóch najmłodszych członków rodzin, a następnie wykąpali, a my zajęłyśmy się usypianiem Ich. Gdy dzieci smacznie spały usiedliśmy w salonie na kanapie z lampką wina i zleciało nam na rozmowach do około 3 w nocy. Arek usnął na moich kolanach, a Mariusz miał za zadanie przenieść Go do łóżka. Szłam się właśnie kąpać, gdy przypomniałam sobie, że walizki zostały w aucie. Poprosiłam Wojtka by je przyniósł, a sama udałam się do Szymka, który się zbudził i zaczął płakać. Odpuściłam sobie uspokajanie Go za pomocą mówienia do Niego lub opowiadania bajek i biorąc na ręce poszłam do kuchni przygotować mleko synkowi, aby nie obudził Tymka. W międzyczasie Wojtek skorzystał z wolnej łazienki, a zanim spowrotem ułożyłam Szymka do kojca, który udostępnili gospodarze do snu dla naszej pociechy i umyłam się, to Wojtek już zdążył się rozłożyć na całe łóżko i zasnął. 

-Posuń się <pchnęłam Go>
-Już mamo już <wymamrotał>

Odpuściłam i poszłam do salonu położyć się na sofie. 
_______________________________________________________________________
Kolejny trochę obszerny rozdział tym razem ląduje w Wasze łapki ^^
Opinię pozostawiam Wam ;*
Kolejny standardowo za 2-tygodnie :)
Do następnego ;**