poniedziałek, 2 lipca 2018

Rozdział 111 "Nigdy nie jest tak kolorowo cały czas."

PERSPEKTYWA ZUZY:
Podróż mijała nam bardzo dobrze, aż do momentu, gdy nie zaczęły się gigantyczne korki oraz samochód nie przemienił się w saunę.

-Wojtek zatrzymaj się? <oznajmiłam przekrzykując się przez płacz zmęczonego, a co za tym idzie markotnego Szymka>
-Co tutaj na środku autostrady? <spytał z ironią, gdyż jak widać wszystkim udzielała się ta atmosfera>
-Skoro lubisz <fuknęłam>

Po chwili ochłonął i parsknął śmiechem. Złapał mnie za udo ze słowami "kocham Cię złośnico".

-Zuzka, nie kłóćmy się, bo się Młodemu udziela
-Ty się dzieckiem nie wykręcaj
-Ale to ze zmęczenia wychodzi, bo kłótnia wychodzi znikąd <wytłumaczył sytuację>

Po chwili chłopak zatrzymał się na jakimś zajeździe.

-Zuza? zjemy coś? <zrobił błagalną minę>
-Najpierw zajmiemy się Maluchem <wyszłam z auta i otworzyłam tylne drzwi>
-A następnie? <jeszcze chwila a by błagał na kolanach, dla potwierdzenia potężnie zaburczało Mu w brzuchu>
-Zlituję się <odpowiedziałam>
-Dojedziemy do Płocka, mamy dobry czas, to dłuższy postój można zrobić <opracował plan>.

Po godzinnej jeździe, a bardziej staniu w korku zboczyliśmy z drogi i po chwili wychodziliśmy z auta pod jakimś zajazdem. W trakcie uprzedniego stania w korku przesiadłam  się do tyłu, aby zająć się Szymkiem, który okazywał swoje oburzenie głośnym rykiem, bo nie można nazwać tego płaczem. Tuż przed parkowaniem,  jak na złość, Mały Artysta zasnął.

 -Wojtuś,  pójdź do środka, zamów sobie coś do jedzenia,  a ja tu poczuwam  <zlitowałam się nad moim głodomorem>
-Poczekam, zjemy razem, jak się obudzi
-Na pewno? <popatrzyłam na Niego niepewnie, gdy burczenie w brzuchu potwierdziło moją wątpliwość>

Przytaknął skinieniem głowy, musnął moje usta i siadł obok Szymka wpatrzony w Niego jak w obrazek. Usiadłam z przodu i zaczęłam pisać sms'a do Pauliny, że przyjedziemy późnym popołudniem lub nawet wieczorem, aby uprzedzić. Nagle telefon wypadł mi z rąk, a do moich uszu dobiegł płacz Szymka, pod wpływem głośnej muzyki z telefonu Wojtka.

-Nie mogłeś wyciszyć? <skarciłam Go wychodząc z auta i otwierając drzwi od strony Szymka>
-No wyciszyłem <oznajmił skruszony>
-Właśnie widzę <przewróciłam oczami>
-No bo tak, to instastories Wrony
-Ooo ludzie <westchnęłam> Chodź tu bąblu <zagaiłam do Szymka biorąc Go na ręce>

Chwilkę pobujałam w ramionach Malca, po czym udaliśmy się do środka gospody. Usiedliśmy przy stoliku i zamówiliśmy posiłek. Kelnerka przyniosła do stolika sałatkę owocową dla Małego. Posadziłam dziecko na kolanach, aby zdjąć Mu bluzę, bo w pomieszczeniu było ciepło, a Wojtek chciał po chwili nakarmić Go sałatką, zaś Kawaler się wyrwał i ze skwaszoną minął zbiegł od witaminek. Wojtek dogonił uciekiniera i posadził Go sobie na kolanach spowrotem przy stole. W trakcie opowieści z ust taty, mały jako "dinozaur" pożerał owoce.

-"(...) i wtedy, jak Dinozaur Dinek się obudził, był bardzo głodny, miał pójść do przyjaciela Figlora, który był małpką, ale nie miał siły." No Szymek...Dinek nie ma siły,musi zjeść, aby mieć energię i wtedy poznamy kolejną część jego przygody <miałam łzy w oczach ze śmiechu, ale zachowywałam powagę> "(...) Gdy Dinek zjadł, odwiedził przyjaciela..."
-Figlora! <krzyknął Szymek>
-Tak Figlora <zaśmiał się autor opowieści> "(...) i gdy był pod drzewem Figlora, głośno zaryczał, aby się zameldować. Hhłłaaaaa!!!.. ."

Jak tak obydwaj ryczeli udając dinozaury,to kelnerka w międzyczasie wykładała nasze zamówienie na stół. Dziewczyna z przerażenia aż podskoczyła i opuściła Wojtka schabowego na ziemię.

-Bardzo Panią przepraszam za Nich <mówiłam do Niej przez śmiech, od którego nie mogłam się powstrzymać>
-To ja przepraszam,zaraz przyniosę Pańskie zamówienie <powiedziała zakłopotana i wycofała się do kuchni uprzednio zbierając resztki dania z podłogi>
-Chodź Szymuś,zjemy, a tatuś sobie poczeka pokutując za głupotę <zadrwiłam z Niego>
-Ejj, chociaż znalazłem sposób na niejadka owocowego, a teraz choć jestem najbardziej głodny z nas tutaj,  to muszę cierpieć <udał rozczarowanie>
-Ces koleta?  <Szymek był skłonny podzielić się kotletem i zabrał z mojej ręki widelec z nabitym kotletem,  którym Go karmiłam i zbliżył w stronę Wojtka> 
-Nie Synku,  jedz,  tata zaraz dostanie <rozczulił się Wojtek,  ja z resztą też>

Gdy wszyscy skonsumowaliśmy swoje dania - ja oczywiście miałam towarzysza do pierogów w postaci małego pierożkowego potworka; udaliśmy się na spacer po Płocku.

-Na joncki <marudził chłopiec po ok 20-minutowym spacerku>
-Chodź <kucnęłam biorąc Go na ręce>
-Zuza, ma nogi <skarcił mnie chłopak,który był zmuszony puścić moją dłoń>
-Wojtek, proszę Cię. Śpiący jest, zmęczony.  Może wrócimy?
-Nie, ja mam zamiar Was zaprowadzić tam <pokazał palcem, na oddalone Wzgórze Tumskie>
-Wojtek, wydaje się piękne, ale On nie dojdzie tam <wzięłam pod uwagę dziecko, co mój partner, chyba pominął>
-Wiem. <coś brał mnie na dystans> Chodź Młody na barana do taty <od razu chłopcu wrócił humor>

Ponad półtorej godziny zajęła nam piesza wycieczka, ale na szczycie, gdy Szymek zobaczył zamek, a Wojtek kupił Mu drewniany miecz, to nie było mowy o szybkim powrocie. Niestety, gdy już przyszło nam się zbierać, po zwiedzeniu całego obiektu przyszła burza. Wojtek przykrył dziecko swoją bluzą i niósł na rękach. Malec był przerażony, bo to Jego pierwsza burza poza domem, ale przezorny tatuś zaczął opowiadać bajkę o dzielnym rycerzu Romku na koniu Tośku, którzy pokonali burzę.
Po dotarciu do auta, wyjęłam suche rzeczy Szymka z torby z bagażnika i przebrałam Go w aucie, bo cały przemókł. Opowieść trwała aż pod samą Łódź,gdzie ja się przebudziłam i zwróciłam uwagę autorowi, że Jego słuchacz już smacznie śpi od pewnego czasu.

-Zuza, jutro jest ten kawalerski/panieński Kłosów, co z Młodym? <Wojtek przywrócił mnie do życia tym pytaniem>
-Wojtek,uzgodnimy to z Wlazłymi jak dojedziemy na miejsce. Daj mi się rozbudzić.
-No dobra <fuknął> Muszę zatankować <oznajmił zjeżdżając na CPN>

Wojtek wyszedł, a ja przymknęłam oczy. Nagle przeraziło mnie pukanie w szybę nad moją głową.

-Proszę <otworzył drzwi jak się przestałam o nie opierać i podał mi kawę>
-Dziękuję, ale nie musiałeś mnie tak straszyć <wymamrotałam i odruchowo odwróciłam się zerknąć czy nie obudziłam dziecka moim westchnieniem ze strachu>
-Ode mnie masz cały pakiet zawsze <wyszczerzył się i musnął mnie w policzek>

Około 19 byliśmy w Bełchatowie. Do tego czasu jechaliśmy w milczeniu. Coś mi nie grało,Wojtek jakoś inaczej się zachowywał, nie potrafiliśmy się dogadać, jakby wisiał nad nami w powietrzu jakiś  konflikt. Po dojechaniu na posesję Wlazłych przywitał nas Mariusz trzymając za rączkę Tymka, który kroczył dzielnie z pomocą taty. Wojtek wziął Szymka na ręce i zaniósł do domu. Mnie "pod pantofla" wziął mały przystojniak. W domu przywitała nas Paulina i po krótkiej rozmowie zaniosłam rzeczy do wskazanego przez Nich pokoju, gdzie nas ugościli.

-My idziemy po Arka, zostalibyście z Tymkiem? <spytała Paulina, gdy szłam do łazienki>
-A gdzie jest Młody? <dopytałam>
-No a gdzie może być moje dziecko... u Winiarskich <pokręciła z politowaniem głową>
-Paula, a możemy z Wojtkiem zostawić Wam Szymka,On i tak śpi, a myślę, że szybko się nie obudzi, bo zmęczony mocno jest. A coś z moim się sypnęło dzisiaj i chce z Nim pogadać? Odebranie Arka to dobry pretekst <oznajmiłam>
-Pewnie, a coś poważnego? <zmartwiła się>
-Nie wiem <westchnęłam bliska płaczu, na co mnie przytuliła>

Poszłam wyprosić po cichu Wojtka z pokoju śpiącego Malucha. Przymknęłam drzwi do pomieszczenia i zaczęłam Go trochę manipulować.

-Wojtek, trzeba odebrać Arka od Winiarów. 
-Pojechać? <wystrzelił pytaniem jak z procy>
-Nie, moglibyśmy się przejść? <spokorniałam nieco>
-Możemy <nieco sie zmieszał, co wywołało u mnie niepokój>

Zarzuciliśmy na siebie coś cieplejszego, ponieważ już pochłodniało i zebraliśmy się do wyjścia. Paula rzuciła mi jeszcze w progu bluzę dla syna. Przeszliśmy z partnerem ulic, w którą mieszkali nasi przyjaciele w milczeniu.

-Odezwiesz się do mnie <chwyciłam Go za dłoń>
-Przepraszam, ale trochę nie rozumiem...<był widocznie zakłopotany>
-Wojtek... <wzięłam głęboki i zarazem głośny wdech i wydech>

PERSPEKTYWA WOJTKA:
Całą drogę od wyczuwałem, że coś jest nie tak, ale usprawiedliwiałem to zmęczeniem dziewczyny.
Zgodziłem się na spacer,bo widocznie coś Ją trapiło.

-Wojtek... <wzięła głęboki i zarazem głośny wdech i wydech, co już było dla mnie niepokojące> Posłuchaj, czy y masz jakiekolwiek wątpliwości czy ze mną chcesz być? <na te słowa momentalnie stanąłem jak wryty>
-Skąd Ci to przyszło do głowy? <głos aż mi się łamał>
-Z Twojego zachowania <mruknęła niepewnie i z wyczuwalną obawą>
-Ejjj mówiłem Ci, że nigdy nie przestanę Cię kochać, rozumiesz? <uniosłem dłonią Jej podbródek ku górze>
-To dlaczego ostatnio trochę między Nami się psuje?
-Zuza, jesteś chyba trochę przewrażliwiona. Nigdy nie jest tak kolorowo cały czas, ale kochamy się i zależy nam na sobie wzajemnie, więc skoro będziemy o siebie walczyć u zabiegać, to nic temu nie przeszkodzi. Kocham Cię, mamy teraz dużo na głowie, zmiany, poważniejsze plany na wspólną przyszłość, dlatego są i emocje. Przepraszam, jeśli coś z mojej strony było nie tak, mów mi o tym zawsze <uspokoiłem Ją>
-Chciałabym, aby to działało w obydwie strony <wtuliła się we mnie>

Odebraliśmy Arka od Winiarskich, którzy wciągnęli nas na przysłowiową "chwilę" do siebie. Całą drogę powrotną chłopiec szedł pośrodku nas trzymając nas za ręce i widocznie cieszył się na to spotkanie. Po powrocie do domu przyjaciół Szymek już wojował z najmłodszą pociechą Wlazłych. Nakarmiliśmy Go, wykąpaliśmy, po czym wymęczył nas zabawą, bo w dzień się wyspał. Zuza kazała mi się położyć, bo Ona się zdrzemnęła w trakcie drogi, a ja byłem zmęczony już samą jazdą i sama wyczekała, aż dziecko się wymęczy i padnie.
_______________________________________________________________
Znów przepraszam za opóźnienie, ale od pewnego czasu mam sporo zajęć na głowie, co niestety odbija się na blogu. Postaram się to opowiadanie doprowadzić do końca już bardziej sprawnie.
Chyba rozdział wyszedł troszkę dłuższy, tak w ramach rekompensaty za oczekiwanie na niego.
Miłej lektury, do kolejnego. Zostawcie proszę po sobie ślad ;3

sobota, 7 kwietnia 2018

Rozdział 110 "No przecież nie chciałem, żeby zostało to odebrane w ten sposób... piekło wybrukowane dobrymi chęciami "

PERSPEKTYWA WOJTKA:
Kolejnego dnia obudziło mnie hałaśliwe stukanie. Chciałem zejść na dół, aby sprawdzić co to, ale gdy wychodziłem z łóżka obudził się Szymek.

-Tata, zie izies? <spytał przecierając oczka i podnosząc się z łóżka>
-Na dół,sprawdzić co tak stuka
-Tez idę <oznajmił i wyskoczył z łóżka>
-A gdzie masz kapcie Smyku?
-Hahhah Smyku <ewidentnie Go to bawiło>
-No to chodź na ręce <wystawiłem ręce, a On na nie wskoczył>

Zeszliśmy na dół, gdzie w salonie Miłosz składał łóżeczko.

-Stary,to coś nie wygląda <powiedziałem stając za Nim i przyglądając się Jego pracy>
-No właśnie również mam takie wrażenie <podrapał się po głowie przybierając minę myśliciela>
-Zakładasz dłuższą krawędź z barierkami  na krótszą od strony główki
-Kurde,inżynier z Ciebie <poklepał mnie po ramieniu na znak uznania>
-Pomóc?
-Jakbyś był na tyle dobry <uśmiechnął się z wyraźną ulgą w głosie>

Postawiłem Szymka na ziemi i wziąłem się za pomoc przyjacielowi. Gdy umieściliśmy trzy z czterech ścianek i mieliśmy zakładać ostatnią ujrzałem Szymka rozkręcającego barierki.

-Szymon, synu  <westchnąłem bezradnie>
-Jemu łatwiej wychodzi wykręcanie niż mi skręcanie tego <zaśmiał się przyszły tatuś>
-Ty się musisz stary jeszcze cierpliwości dużo nauczyć do pociech, szczególnie takich łobuziaków <wziąłem Szymka na ręce i podnosząc do góry dziecko, swoimi ustami muskałem Jego szyję za uchem, co wywoływało u Niego gilgotki>

U dziecka wywołało to salwę śmiechu, ale po chwili zostałem "spoliczkowany", oczywiście w obronie własnej - koniecznej. Powkręcaliśmy z kumplem szczebelki spowrotem i dopiero podczas przenoszeniu ostatniej ścianki w stronę łóżeczka uświadomiliśmy sobie,że nie ma w nim płyty na materac. Musieliśmy na szczęście zdejmować tylko jeszcze jedną ściankę. Po tych nieścisłościach wszystko tworzyło idealną konstrukcję, zgodną z normami bezpieczeństwa. Gdy podziwialiśmy nasze dzieło usłyszałem huk, a po chwili płacz Szymka. Zerknąłem do przedpokoju, a tam leżał chłopiec z jednym kapciem Miłosza na nodze, zaś drugim obok Niego.

-Dziecko kochane, krzywdę sobie zrobisz <podbiegłem do Niego pełny litości dla tej istoty>
-Pamiętaj, pierwszą zasadę każdego ojca: bądź czujny i myśl jak dziecko <uspokajałem synka i dawałem rady przyszłemu tacie>
-Ty to sam jak dziecko jesteś <podsumowała mnie Zuza schodząca na dół, a Miłosz wybuchł śmiechem>
-Daj Go, bo krzywda Mu się dzieje przy Tobie zawsze <droczyła się>

Przekazałem Małego dziewczynie, a sam wróciłem pomóc Miłoszowi w przenoszeniu łóżeczka. Po chwili do kuchni dołączyła Monika, a gdy oznajmiliśmy zakończenie misji, to otrzymaliśmy wynagrodzenie w formie kanapek. Poszedłem się ubrać i usiedliśmy z Szymkiem w pokoju obok łóżka na podłodze  bawiąc się Jego misiem oraz drewnianymi klockami.

-Dzwoniłeś do właściciela domu? <spytała Zuza wychodząc do łazienki w celu wykonania porannej toalety>
- Nie jeszcze
-To na co czekasz? <w Jej głosie wyczułem ironię, co spowodowało sięgnięcie po telefon i wybranie odpowiedniego numeru>
-Pijecie kawę? <dotarło do nas pytanie z dołu>

Umówiłem się odnośnie dokonania transakcji kupna domu, a całej rozmowie przysłuchiwała się Zuza siedząca na łóżku i rozczesująca włosy, a Szymek budował wieżę  z klocków, w którą od razu
wjeżdżał autem. Zeszliśmy na dół na kawę. Dziewczyna niosła po schodach synka.

-O której się umówiłeś? <spytała Zuza>
-Na 13
-To musimy zaraz Młodego położyć, żeby się zdążył wyspać <układała plan>
- Zostawcie Go z nami, nie planujemy żadnego wyjścia dzisiaj <odezwała się Monika>
-Nie będzie to problem? W Twoim stanie powinnaś odpoczywać <jak zwykle troskliwa Zuzka>
-Na spokojnie, poradzimy sobie <uśmiechnęła się i potargała Szymka za włosy, na co Młody zakrzyknął "ejjj!" na znak buntu>

Zebraliśmy się z dziewczyną i pojechaliśmy na umówione spotkanie.

-Kochanie, co Ty te plany tak przeglądasz? <spytałem podczas jazdy autem, gdy Zuza wertowała dokumenty potencjalnego przyszłego domu>
-A tak planuję gdzie - co dokładnie urządzimy <odparła>
-A czy moja Pani architekt zechce się zaangażować i wykazać w tym urządzaniu, hmm?
-Jesteś kochany <była wniebowzięta> Wojtek, a tak w ogóle, to mamy na tyle pieniędzy? <sprowadziła nas "na ziemię">
-Mamy <odparłem> Miałem coś odłożone i od rodziców pożyczyłem trochę
-Wojtek, to nie fer ...
-Na ten temat porozmawiamy w domu, ok? Stać nas będzie,spokojnie
-To Ciebie stać <fuknęła>
-Nas stać, na nasz wspólny dom <sprecyzowałem dosadnie>


PERSPEKTYWA MIŁOSZA:
Zuza wydzwaniała średnio co 20-30 minut dopytując co robi Mały i czy nie sprawia problemów,szczególnie mojej ciężarnej żonie.

-Zuza, dzwonisz chyba 8 raz w przeciągu jakichś 2 godzin
-Chcę się tylko dowiedzieć o dziecko <usprawiedliwiała się>
-Spokojnie, jak nam wypadnie z okna, to zadzwonię, przewrażliwiona mamuśko <zakończyłem rozmowę rozłączając się i przerywając dziewczynie>

Nakarmiłem Szymka i wyszliśmy w trójkę na spacer. Szymek w drodze powrotnej był marudny i zasnął mi na rękach. Po powrocie ułożyłem Go w nowo złożonym łóżeczku i obserwowałem masując stopy żonie.

-Tak samo będziesz patrzył na nasze Maleństwo? <spytała rozczulona>
-Tak samo będę czuwał, ale z większym uczuciem <musnąłem Jej usta>

Do domu powrócili przyjaciele i przy kolacji próbowałem wyciągnąć z nich wszelkie informacje.

-Jak spotkanie? <ciągnąłem za języki>
-Dobrze, będziemy sąsiadami z jednego miasta <zaśmiał się Wojtek>
-Pójdę po Szymka, żeby coś zjadł <oznajmiła Zuza i wyszła>
-A Jej co? <zdziwiło mnie zachowanie dziewczyny>
-Cała Zuza właśnie... <westchnął Wojtek> Jest zła, że pożyczam część pieniędzy na dom od rodziców, a Ona nie ma z czego się dołożyć
-No przestań...przecież jesteście razem <przewróciłem oczami, uważając to zachowanie za przesadne>
-Ja Ją rozumiem <wtrąciła się Monika> Nie chce być zależna w pełni od Ciebie,ani dać szczególnie pewnie Twoim rodzicom do zrozumienia, że jest z Tobą dla kasy <opracowała koncepcję>
-No przecież nie chciałem, żeby zostało to odebrane w ten sposób... piekło wybrukowane dobrymi chęciami <chłopak się załamał>
-Weź Ją na spacer, my uśpimy Małego <zadeklarowała żona>


PERSPEKTYWA ZUZY:
Gdy weszłam z Szymkiem do kuchni usłyszałam jakieś szmery, szepty. Ogólnie bardzo dziwna atmosfera zapanowała. Nakarmiłam synka i poszłam Go umyć. Z pomocą przyszedł mi Wojtek.

-Zuza, daj chłopca i idź na dół do Wojtka <przyszedł Miłosz, gdy położyłam się z Malcem>
-Miłosz, usypiam Go <warknęłam>
-Też potrafię <był nieubłagany, aż ustąpiłam>
-Zabieram Cię na spacer <pod schodami czekał Wojtek z moimi butami i kurtką>
-Usypiałam Szymka, co Ty wymyśliłeś? <spytałam pretensjonalnym tonem>
-Chcę porozmawiać
-To słucham <zaczęłam, gdy wyszliśmy na zewnątrz>
-Zuza, o co Ci chodzi? <spytał wprost>
-Wojtek, nie chcę być na Twoim utrzymaniu i Cię w żaden sposób wykorzystywać. Po co nam taki dom, skoro mieszkanie by było z 4 razy tańsze.
-Zuzka, to są nasze wspólne decyzje, wspólne życie i dom
-Ale pieniądze bierzesz od rodziców tak naprawdę również dla mnie
-Bo jesteś dla mnie ważna jak nikt inny i chcę Ci dać wszystko co najlepsze, a tamte pieniądze tylko pożyczam, to nawet nie 1/5 kwoty, a wolę od rodziców skoro mogą pomóc, niż kredyt
-No rozumiem, ale też bym się chciała dołożyć
-Jestem facetem i to mój obowiązek <objął mnie w talii i po chwili musnął moje usta>
-Z Tobą nie wygram, ale i tak czuję się niezręcznie <wypowiedziałam między pocałunkami>
-Niepotrzebnie <oznajmił wtulając się we mnie>

Po powrocie do domu przyjaciół dziecko już spało. Podziękowaliśmy gospodarzom za pomoc i dołączyliśmy do dziecka.

Kolejnego dnia Wojtek po śniadaniu zawiózł mnie pod uczelnię, gdzie próbowałam zasięgnąć informacji w kwestii przepisania się na ten sam rok studiów co zaczynałabym na starej uczelni. Sam z Szymkiem poszedł na spacer oczekując na moje wyjście z budynku.

-Jak sprawy? <spytał, gdy zadzwoniłam>
-Wojtuś, gdzie jesteście, opowiem jak się spotkamy
-Nad rzeką z tyłu uczelni, znajdziesz?
-Tak, zaraz będę

Po chwili byłam już przy chłopakach.

-Mami ! <krzyknął Szymek i zaczął do mnie biec>
-Szymek, uważaj!!! <krzyknęłam, gdy ujrzałam nadjeżdżający rower>
-Szymek! <krzyknął Wojtek i gonił dziecko, które Mu się wyrwało>

Rowerzysta chcąc wyminąć chłopca zjechał na bok, przy czym wjechał w kwietnik i przekoziołkował przez kierownicę

-Nic się Panu nie stało ? <spytałam ok. 30-latka, gdy dobiegłam do Niego, a Szymka złapałam na ręce. Dziecko płakało z przerażenia sytuacją.>
-Jak pilnujecie dziecko! <wrzeszczał>
-Jakby Pan nie zauważył to chodnik a nie droga rowerowa <odpyskowałam>
-Wszystko w porządku? <spytał Wojtek pomagając wstać poszkodowanemu>
-Nic, ale rękę mam chyba złamaną <trzymał się za obolałe miejsce>

Wojtek sprawdził staw mężczyzny i jednak wyglądało to jedynie na stłuczenie. Po chwili dramy każde z nas oddaliło się w swoją stronę.

-Już Myszko, nie płacz <przytuliłam dziecko jeszcze mocniej i pocałowałam w czółko>
-A jak tam Twoja rozmowa? <spytał Wojtek>
-No w Lubinie muszę kilka zaświadczeń uzyskać <oznajmiłam>
-Załatwimy to <objął mnie w talii i przejął na swoje ręce Szymka>

Po powrocie do mieszkania uśpiliśmy Malca i zajęliśmy się pakowaniem bagaży. Pożegnaliśmy się z przyjaciółmi dziękując za przyjęcie pod swój dach na te kilka dni i udaliśmy się w drogę do Bełchatowa, gdzie umówiliśmy się z Wlazłymi na przyjazd dzień wcześniej, niż początkowo planowaliśmy. Zajechaliśmy jeszcze do mężczyzny, od którego kupowaliśmy dom i wpłaciliśmy zaliczkę oraz podpisaliśmy umowę. Następnie udaliśmy się w dalszą podróż, a Szymek świetnie się bawił przy dźwiękach muzyki z radia.

____________________________________________________________________
Kochani, przepraszam za tak długi termin oczekiwania...ale pędzę z świeżutkim rozdziałem.
Miłego czytania, liczę, że przypadnie do Waszego gustu ;*
Buziaki ;3

czwartek, 15 lutego 2018

Rozdział 109 "U nas tak łatwo nie jest, wyszła skomplikowana sytuacja"

PERSPEKTYWA  ZUZY:
Kolejnego dnia obudziłam się kolo 8, więc postanowiłam jeszcze trochę poleżeć, gdyż nie chciałam kręcić się po nie swoim domu. Wojtek spał, ale po chwili zauważyłam, że nie ma Szymka z nami, a spał pośrodku nas. Wstałam spod kołdry i zarzucając na siebie bluzę Wojtka zeszłam po cichu na dół. Schodząc po schodach dobiegł mnie śmiech chłopca. Zerknęłam do salonu, lecz tam nikogo nie było. Swoje kroki skierowałam do kuchni, gdzie Miłosz karmił Małego.

-O cześć <powitał gospodarz)
-Mama, kielba <pochwalił mi się synek zjedzonym kabanosem>
-Cześć, Miłosz kabanos na śniadanie, proszę Cię <przewróciłam oczami>
-W internecie czytałem, że w Jego wieku już można dawać kabanosa <usprawiedliwiał się>
-Ale nie na śniadanie <Jego dobre intencje spotkały się z moją dezaprobatą>
-Przepraszam, nie wiedziałem <wyglądał na przejętego> Szymek oddaj <próbował przejąć obiekt jedzenia od dziecka>
-Daaaaj! <pisknął chłopiec na cały dom>
-Już Mu zostaw <zaskoczyła mnie Jego reakcja>
-Am am <krzyczał Szymon, więc zaczęłam Go uspokajać tłumacząc Mu sytuację>
-Kochanie, na śniadanko trzeba zjeść coś pożywnego a nie mięsko <naburmuszył się jakby rozumiał coś z tego>
-Poczekaj ja to załatwię <pojawił się Wojtek> Młody co to za awantury?
-On banosa wziął <krzyczał wytykając palcem Miłosza>
-Kolego <Wojtek przeszedł do stanowczego tonu> nie pokazujemy palcem. A co to za kiełbaska rano?
-Jem
-Wiem, że jesz, ale chcesz być duży jak tata? <podszedł Go taktyką, na co synek przyznał rację> To trzeba jeść zdrowe śniadanie <tłumaczył>
-Kaśka <Zawołał na znak ochoty na kaszkę>
-No choćby nawet <zaśmiał się> już tata robi

Poszłam na górę do pokoju, żeby się ubrać. Gdy zeszłam akurat Szymon skończył jeść i bawił się z kotem Miłosza. 

-Idziesz ze mną na zakupy? <spytała Monika>
-Teraz? musiałabym wziąć Szymka również, bo chłopaki na halę jadą, a później Wojtek jest umówiony ze swoim menagerem <scaliłam plany na ten dzień>
-Nie ma problemu, poczekam
-Muszę Go jeszcze nakarmić
-Jasne, to możemy po obiedzie się wybrać <oznajmiła>
-Byłabym za <uśmiechnęłam się promiennie>

Wtajemniczyłam Wojtka w plany, na co poparł pomysł żony Jego kolegi.

-Aaa! Zuzka, usiądziemy wieczorem nad planami domu i zastanowimy się co z nim robimy?
-W porządku 
-Wyprasujesz mi koszulę? Muszę się prezentować na rozmowie w klubie
-Daj <przewróciłam oczami i poprosiłam właścicielkę o żelazko, po czym przystąpiłam do czynności>

Do południa to chłopcy zajmowali się Szymkiem, a my pichciłyśmy w kuchni, zjedliśmy obiad, ja nakarmiłam dziecko, które po chwili zrezygnowało z tej pomocy i bez problemu można było z Niego i otoczenia wyczytać co było na obiad. Panowie we trzech ucięli sobie drzemkę czym mi i Monice pokrzyżowali nieco plany, ale za ten czas wypiłyśmy kawę i poszperałyśmy w mediach społecznościowych. Podczas tej czynności w oczy rzucił mi się post na Ig gdzie zostałam oznaczona.

-Zabiję <mruknęłam, co wzbudziło zainteresowanie Moniki>  
-Co jest? <przymrużyła oczy ze zdziwienia>
-Patrz! <pokazałam Jej zdjęcie wstawione przez Jej męża, na którym stałyśmy w kuchni robiąc obiad>
-Ten dopisek "znalazły swoje miejsce" Go uśmiercił <przybrała złowrogą minę>

Zdenerwowana dziewczyna poszła obudzić sprawców. Uważając na śpiące dziecko zatkała dłonią usta i nos swojego męża,na co prędko obudził się zdezorientowany. 

-Zdurniałaś!? <wybuchł, a ja ledwo co powstrzymałam śmiech nagrywając zaistniałą sytuację> 
-Już możesz kontynuować spanie i cicho bo dziecko obudzisz>

Sytuację powtórzyła z Wojtkiem, a Jego reakcja była trochę bogatsza w słownictwo od Jego kolegi. Panowie wściekli zeszli za nami na dół. Gdy zanim coś zdążyli powiedzieć na Ich telefony przyszło jakieś powiadomienie, zapewne o oznaczeniu na filmie na portalu społecznościowym. 

-My takie ładne zdjęcie wstawiliśmy <usprawiedliwiał się Miłosz>
-...jak się spełniacie w codziennych czynnościach <dodał Wojtek>
-A my oddałyśmy Wasze prawdziwe wcielenie <dodałam i temat urwało wołanie Szymka "mama">
-Idę kochanie <krzyknęłam z dołu i udałam się w Jego kierunku>

Szymek przekąsił jeszcze banana i kilka biszkoptów, po czym, przebrałam Go i mogłyśmy wreszcie z Moniką zacząć realizować plan dnia.

-Kotek, biorę auto <oznajmiła dziewczyna>
-Dobra, pojedziemy moim <wtrącił Wojtek>
-A pojedziesz może Wojtka autem? <spytałam dziewczyny> czy przełożyć fotelik?
-Przełożę Wam <zaśmiałam się do koleżanki, że Wojtek o auto dba lepiej niż o mnie>

Po godzinie byłyśmy na miejscu. Szymek biegał po galerii, aż nie mogłam Go upilnować i zatrzymać, ciągle mi się wyrywał. Wzięłam stojące w pobliżu auto dla dzieci, wsadziłam do niego Smyka i prowadziłam za przymocowany z tyłu uchwyt. Swoją drogą wygodny pomysł i wyjście na przeciw rodzinnym zakupom ze strony władz galerii handlowych. Młody był zachwycony, szybko wysłałam zdjęcie Wojtkowi, na co odpisał, że On również takie poprosi, tylko w skali rzeczywistej, a nie dla Skrzatów. Po 1,5 h zakupach miałyśmy pełną wyprawkę dla córeczki znajomych, a ja wzbogaciłam się o komplecik dla Szymka oraz sukienkę na ewentualne przebranie się na weselu u Kłosów, albo na poprawiny, aby nie zakładać tej z wieczoru panieńskiego. Przed powrotem wstąpiłyśmy jeszcze na kawę i ciastko, tzn Monika już kolejną sobie odpuściła, ale połasiła się na rurkę z kremem, na którą ochoty narobił Jej Szymon, który pochłoną dwie. Dzieciak skończył cały upaprany w kremie, co musiałam zdecydowanie uwiecznić.

-Już się nie mogę doczekać jak ta Mała Kruszynka <pogłaskała swój ciążowy brzuszek> odmieni nasze życie. Ooo potwierdziła <zaśmiała się po dostaniu kopniaka od córeczki noszonej pod serduchem>
-Ojj u nas tak łatwo nie jest. Wyszła skomplikowana sytuacja, ale tak, zdecydowanie dzieci zbliżają w związku <wywnioskowałam>
-Zbieramy się? <spytała towarzyszka wyprawy wskazując na ziewającego chłopca>
-No chyba nasi Panowie już wrócili, więc najwyższa pora <stwierdziłam> o jejku, już 18:40 <zdziwiłam się, że ten czas tak szybko zleciał>
-Szymek idziemy <oznajmiłam>
-Do ata? <spytał>
-Tak, do samochodu
-Mojego? <wskazał na ten dziecięcy>
-Nie kochanie, ten samochodzik jest ze sklepu i on tu zostaje dla innych dzieci<tłumaczyłam kucając przy dziecku>
-Moje ato! <poleciały łezki>
-Wiesz, to autko pomaga w zakupach, żeby dzieci nie bolały nóżki od chodzenia. Obiecuję Ci, że jeszcze nie raz będziesz w nim jeździł jak tu zamieszkamy, w porządku? Bo autko tu pracuje i musi zostać
-Pa pa! <pomachał zabawce i wskoczył mi na ręce ocierając łezki>

Po dojechaniu pod dom akurat drzwi otwierali nas Panowie, więc na nasz widok zwrócili się do auta. Miłosz pomógł Monice z torbami, ja wzięłam pozostałe z tylnego siedzenia.

-Wojtek, pomóż mi. Weź Szymka wyjmij z fotelika, bo zasnął. Położymy Go na górze <zaplanowałam i wołałam szeptem chłopaka, który trzymał drzwi od domu>
-Może z Nim zostanę tutaj, żeby Go nie zbudzić?
-Nie wiem czy wygodnie Mu się tak śpi
-Nie chcę Go obudzić, bo będzie marudził, odepnę Mu pasy najwyżej
-No dobra jak wolisz, tu Monika dała kluczyki <przekazałam Mu przedmiot>

W domu zdążyłyśmy rozpakować torby i usiąść na chwilę przy herbacie, a następnie zrobić kolację.

-Zuza! Uspokój Go <Wojtek przyszedł z panicznie płaczącym wniebogłosy Szymkiem na rękach>
-Co się stało? Chodź do mamy  <przejęłam dziecko>
-Bo... aj bo nudziłem się, zadzwoniłem do  Karola i wpadliśmy na pomysł zrobienia live'u na Insta. No i zaczęliśmy się podpuszczać wzajemnie i od kibiców padł pomysł zrobienia live'u w stylu muzycznym, to puściłem radio na ful, a zapomniałem, że Młody tam śpi z tyłu i się przestraszył, bo akurat płytę ACDC włączyłem
-Ojj Szymuś, ten Twój tata to nie ma rozumu za grosz <załamał mnie szczyt Jego głupoty>

Poszłam z dzieckiem na górę. Uspokoiłam i rozebrałam, pozostawiając w śpioszkach.

-Tata wystraszył tak? <chłopiec jeszcze był lekko otumaniony>
-Tata ble
-Nie wolno tak mówić, tatuś się zapomniał. Zrobił źle, ale już w porządku. Idziemy coś zjeść?
-Zjeść <powtórzył oblizując się>
-A kto się uśmiechnie do mamy? <spytałam ciepło>
-Simek <wyszczerzył się>
-A całusa dasz?
-Nieee <schował się ze śmiechem w moje ramię>
-O Tyy <skradłam całusa, a On się wytarł>

Postawiłam Malca na ziemię i zeszliśmy na dół. Po kolacji umyliśmy Go z Wojtkiem. Monika i Miłosz zadeklarowali się z Nim pobawić, a my dogadywaliśmy szczegóły domu. Usiedliśmy na łóżku, gdzie chłopak rozłożył plan budynku. Zobacz <pokazywał palcem> tu by się urządziło pokój Szymka, tu nasza sypialnia, tam łazienka. Na dole byłby salon, kuchnia i łazienka no i zejście do garażu. A w tym wolnym obok Szymka byłby dla ewentualnego potomka, a na razie siłka <napiął mięśnie>

-Ja widzę głupolu, że tu jedynie moje potwierdzenie jest wymagane
-A nawet nie <droczył się>
-Ejj <oberwał poduszką> A co Ty z tym "ewentualnym potomkiem" <powtórzyłam za Nim> kombinujesz
-A nie chciałabyś takiego małego Wojtusia? <przybrał uroczą, niewinną minkę>
-Ja z jednym ledwo co wytrzymuję <prychnęłam>
-Zuzka...<przybliżył się i przyciągnął mnie jednocześnie do siebie>
-Ejj leżę na planie <mruknęłam między pocałunkami>
-Upsss Szymek rodzicom się na amory zebrało <Miłosz się speszył, a my oderwaliśmy się w mig od siebie> Chciał do mamy
-Ejj a do taty to niby nie? <Wojtek się oburzył>

Wzięliśmy do siebie dziecko, które zasnęło dość szybko. Wyszliśmy z pokoju zamykając po cichu drzwi i stanęliśmy w przejściówce przy schodach. 

-To co kupujemy? <spytał Wojtek siadając na najwyższym ze stopni>
-Powiedz mi najpierw jak ustalenia z klubem <usiadłam przy Nim>
-Od kolejnego sezonu gram tutaj
-Dobra. To mieszkanie jest w porządku, lokalizacja również, cena jak widziałam także przystępna. Umówimy się jutro z właścicielem?
-Dziękuję <namiętnie mnie pocałował> A nie gniewasz się? Twoje studia?
-Spokojnie, spróbuję przenieść sie tutaj na uczelnię. Jeśli się nie da, to skończę tam licencjat i wrócę tu do Ciebie
-Co Ty gadasz, Zuza to pół Polski...będziemy tworzyć związek na odległość? <zdenerwował się>
-Uspokój się! Może zmienię kierunek i zacznę od nowa tutaj...po prostu głośno myślę. Chcę ułożyć tak, żebyś Ty się mógł rozwijać i ja nie będę Ci stawać na drodze do tego, ale rezygnować ze wszystkiego nie mam zamiaru  podporządkowując wszystko pod Ciebie. 
-Też chcę znaleźć pośrednie rozwiązanie
-Dlatego się nie unoś <chwyciłam Jego dłoń> Najpierw spytam u mnie na uczelni o warunki przeniesienia i wtedy porozmawiamy na ten temat,ok?
-Jasne, wiesz,że Cię kocham <uśmiechnął się zalotnie> 
-A tak zmieniając temat...gdzie my śpimy po weselu?
-O cholera! <zaczął sie drapać po głowie z zakłopotania> zapomniałem ten wątek załatwić
-No jasne, ale do rozmów o głupotach z Karolem masz pamięć 
 -Ojj Zuzka, załatwię to. Kłosiki hotel wynajęli gościom
-Na pewno już mają zatwierdzone rezerwacje na tydzień przed ślubem <analizowałam> Zadzwonię jutro do Wlazłych i podpytam czy będą wracać do domu czy tam nocują.
-No to jest kawałek od Bełchatowa, a Mariusz raczej nie odpuści weselnego toastu i kolejnych też nie <zaśmiał się>
-No ale Paulina raczej nie będzie piła, bo karmi Tymka <skojarzyłam logicznie>
-No to zadzwoń. Leć się myć, ja po  Tobie i do spania <musną ustami mój policzek i wstał, po czym podał mnie rękę>
-No jutro,bo już późno <podniosłam się z Jego pomocą>

Poszłam się umyć, a po mnie łazienkę zajął Wojtek. Poprawiłam pościel na Szymku i położyłam się obok Niego. Zanim chłopak do nas dołączył,ja zasnęłam.
______________________________________________________
Ufff kochani zdążyłam i zgodnie z obietnicą dodaję kolejny rozdział ;)
Troszkę z humorem, troszkę z nowymi zmianami życiowymi i poważnymi decyzjami. Mam nadzieję, że choć  trochę trafia w Wasze gusta ^^
Kolejny postaram się dodać w przeciągu 2-4 tyg...
Pozdrawiam ;*

piątek, 26 stycznia 2018

Rozdział 108 "Czuję, że już się nie polubię z tym człowiekiem."

PERSPEKTYWA WOJTKA:
Udało mi się wywalczyć miejsce w składzie na LŚ. Kilka występów rozegrałem w podstawowym składzie. Całą imprezę zakończyliśmy z uplasowaniem się na miejscu 5-tym. Niestety mój udział w kadrze dobiegł kresu. Nie znalazłem się w wizji trenera na IO. Wraz z końcem tych rozgrywek z kadry odszedł Kłos, co dla wszystkich było wielkim zdziwieniem i szokiem. Zuza akurat zakończyła sesję i rozpoczęła wakacje, więc wymyśliłem wspólną wyprawę. Gdy Zuzka wyszła na zakupy, a Szymek uciął sobie poobiednią drzemkę, postanowiłem spakować nasze walizki oraz zarezerwować nocleg. Załatwiłem co trzeba i postawiłem spakowane bagaże w przedpokoju.

-Wojtek! Mamy gości? <spytała z progu, gdy weszła tylko do mieszkania>
-Nie. Cicho, bo zbudzisz Małego
-Co robią te walizki? <spytała przerażona, z dłoni wypadła Jej na podłogę torba z zakupami, a w oczach miała łzy>
-Ejj Miśku <zaśmiałem się, gdy tylko dotarło do mnie co mogła sobie pomyśleć> Wakacje nam zorganizowałem <przytuliłem Ją wciąż się śmiejąc>
-Nie śmiej się, myślałam, że jeszcze ta nasza ostatnia kłótnia o Twój kontrakt wyszła <mówiła przejęta>
-Chcę Was porwać <zadrwiłem zamykając Ją w swoich objęciach>
-Głupek <delikatnie otwartą dłonią stuknęła mnie w czoło chichocząc> A dokąd nas zabierasz? <spytała podnosząc torbę z zakupami z ziemi>
-Niespodzianka <byłem tajemniczy>
-Z Tobą to się tak właśnie dogadać <mruknęła>
-Mycha...Zaufaj mi
-To jednak trochę ryzykowne <przygryzła dolną wargę>
-Jakbyś mogła jeszcze rzeczy Szymka dopakować, bo ciuchy Mu wziąłem, a trzeba jeszcze artykuły higieniczne
-Misia Teosia wziąłeś? <zaśmiała się>
-Nie, na razie chłopaki śpią <oznajmiłem>
-Wiesz co, wzięło mnie na słodkie, więc upiekę ciasteczka owsiane, będą na drogę, bo z tego co widzę po walizkach, to jedziemy na drugi koniec świata, albo na dwa lata <mądrzyła się>
-Tam, skąd nie znasz drogi powrotnej <zadrwiłem>
-Ohoo idź lepiej do dziecka <Mały zdążył się obudzić>

Zająłem się Szymkiem. Tzn. wziąłem Go na ręce i poszliśmy do salonu. Chciałem w spokoju pooglądać wyścigi samochodowe, lecz synek chyba nie podzielał mojego zamiłowania do tego sportu. Usiadłem na sofie z Nim na kolanach, to się wyrywał i skakał po łóżku. Gdy stawiałem Go na podłodze, wówczas podchodził do telewizora i przełączał program bawiąc się przyciskami na sprzęcie. 

-Zwariuję z Tobą chłopie <jęknąłem poirytowany>

Dzieciak podczas zabawy w klikanie guziczków zorientował się, że program niżej lecą bajki, więc przełączył sobie. Co próbowałem wrócić na mój kanał, to podbiegał do odbiornika i przełączał. Gdy rzuciłem bezmyślnie w Niego poduszką, to się przewrócił i zaczął płakać. Wreszcie podniosłem się z sofy i wziąłem na ręce dziecko. 

-Wojtek, miałeś się Nim zająć. Co tam się dzieje? <zapytała z kuchni Zuza>
-Nic nic... no przecież się Nim zajmuję 
-Ta-ta bee <mruknął Młodzieniec>
-Przepraszam Kruszynko, miało być lekko <zrobiłem minę skruszonego mężczyzny>

Szymek nadal płakał, więc wziąłem z łazienki pojemnik na pranie i wsadziłem Go tam. Uniosłem Go w pojemniku twarzą do ekranu i zgodnie z przebiegiem toru wyścigowego wchodziłem w zakręty czy potrząsałem. Mały miał wielką uciechę z zabawy. 

-Coś Ty wymyślił <parsknęła śmiechem Zuza stojąc z ciepłymi ciasteczkami w progu>

PERSPEKTYWA ZUZY:
Chwilę wpatrywałam się w chłopaków. Zdałam sobie sprawę z tego, że mam to, czego tak bardzo zawsze pragnęłam. A nawet więcej, niż sobie wyobrażałam siedząc w bidulu. Marzyłam o kochającej się rodzinie i choć mnie to nie spotkało, widzę, że ja mogę to dać Szymkowi. Że możemy z Wojtkiem stworzyć udany związek oparty na szczerości, zrozumieniu i zaufaniu. Wiem, że choć mam trudny charakter to On jest bardzo wyrozumiały. W sumie, to obydwoje takie mamy...więc chyba nigdy ze sobą nie będziemy się nudzić. Z rozmyślań wyrwał mnie Szymek, który objął moją nogę i krzyczał za Wojtkiem "ciastki".

-Jak już Go uczysz mówić, to może by tak poprawnie? <stwierdziłam z politowaniem>
-Ale tak jest... zabawniej? <odpowiedział pytaniem retorycznym>
-Tobie to tylko zabawa w głowie <jęknęłam>
-A to źle? <wyszczerzył się>
-Wieczny dzieciak <przewróciłam oczami>
-Bu-bu <tak właśnie Szymek mówił na dzieci>

Moi panowie zajadali się ciasteczkami, a ja wróciłam do kuchni, aby wyjąć z piekarnika kolejną i włożyć ostatnią już porcję. W międzyczasie rozstawiliśmy drewniane tory i Maluch jeździł po nim ciuchcią. My usiedliśmy na krześle... tzn Wojtek usiadł, a ja Jemu na kolanach i ustaliliśmy szczegóły dotyczące wyjazdu. Miejsce wyprawy nadal pozostawało mi nieznane, lecz przynajmniej orientowałam się ile czasu zajmie nam ta podróż i że stamtąd wybierzemy się na panieńskie/kawalerskie oraz wesele przyszłych Państwa Kłos. Dopakowałam rzeczy dziecka oraz Wojtka i swoje, oczywiście po zweryfikowaniu tych przygotowanych przez Niego. Po kolacji poszłam położyć do snu Malca, zaś Wojtek pozmywał naczynia. Obudziłam się dopiero nad ranem... wstałam z łóżka po cichu, zła na siebie jak na nikogo dotąd. Nieumyta, nie ustaliłam z Wojtkiem dokładnej pory powrotu, gdzie jedziemy, w jakim celu...jednym słowem bardzo niezorganizowana. Wzięłam ubrania z szafki i poszłam się umyć. Następnie powędrowałam do kuchni zrobić kawę i w międzyczasie robiłam "wycieczki" do łazienki w celu wykonania make-up'u. Gdy chłopcy wstali przyszli do kuchni na śniadanie. Szymek od rana był jakiś markotny.

-Ohho... będzie ciężka podróż <westchnęłam>
-Ciastki <marudził brzdąc>
-Ciastku Mały, jedz kaszę i się ubieramy <wszedł z Nim w dyskusję Wojciech>
-Niee <Młody wszedł w okres buntu>
-To co, mamusia z tatusiem pojadą, a kawaler sam zostanie?
-Siam <powtórzył grzebiąc łyżeczką w kaszy>
-Mama ma nakarmić? <spytałam>
-Tiak
-To trzeba tak od razu mamie powiedzieć, dobrze?
-Tak <nie był zbyt rozmowny>

Przebrnęłam przez marudzenie chłopca i udało mi się Go wreszcie nakarmić. Siatkarz za ten czas zniósł torby do samochodu. Ja zajęłam się przyszykowaniem prowiantu dla dziecka, a najmłodszy członek rodziny podjął się samodzielnie ubrania się. Musiałam Mu tylko wyjąć ciuszki i gdy nie stawiał oporu, wtedy mogłam pomóc. Gdy byliśmy gotowi do wyjścia założyłam torbę na ramię, dziecko wzięłam na rękę i wyszłam z mieszkania zamykając drzwi za sobą. Między piętrami spotkaliśmy wracającego Wojtka.

-Czegoś zapomniałeś? <spytałam>
-Nie no, szedłem Ci pomóc, daj Małego <odparł>

Przejął chłopca, na co Ten na znak buntu zaczął piszczeć i żądał w ten sposób postawienia na ziemię. Gdy dotarliśmy już do auta, zapięłam dziecko w foteliku i dałam soczek oraz Misia Teosia do przytulania, z którym Mały Smerfik zawsze zasypia.

-Smefik <zaśmiał się mały obywatel>
-Włączamy Zenka? <odwrócił się do Niego kierowca>
-Taak <Maleństwo aż podskoczyło na foteliku>
-Wojtek, dobierz może akompaniament do wieku <skarciłam Go łagodnie>
-Kochanie, mama włączy GumiMisia, w porządku?
-Eee <naburmuszył się>

Chcąc nie chcąc musiałam wysłuchać playlisty mojego lubego, ale następnie zmieniłam na zestawienie muzyczne dla dzieci. W trakcie drogi mieliśmy z 3 przystanki, do czasu, aż Szymek nie zasnął. Później jechaliśmy bezustannie, aby dojechać jak najszybciej póki śpi.

-Wojtek dokąd jedziemy? Bo Bełchatów właśnie ominęliśmy bokiem. <nic nie rozumiałam z tego>
-Bo nie to było naszym celem <odparł i włączył radio>
-Wojtek obudzisz Szymka <mruknęłam>
-Zuzka, a co myślisz o pomyśle Kłosa na ślub? <zdziwiło mnie to pytanie>
-Jak to, co myślę? <skrzywiłam się mimowolnie> Kochają się, są ze sobą już z 8 lat, najwyższa pora na stworzenie rodziny. A ponadto pasują do siebie idealnie
-To tak jak my <chwycił swoją dłonią moją i unosząc ją do swojej twarzy musnął wargami>
-Co chcesz przez to powiedzieć? <spytałam z nutką strachu przed tym co usłyszę w głosie>
-No to, że dobrze mi z Tobą <mimowolnie się uśmiechnął>
-No po prostu Romeo się odezwał <zachichotałam>

Zadzwonił do Wojtka jakiś numer, na co Ten założył słuchawkę i przełączył na zestaw głośnomówiący. Chłopak rozmawiał dość tajemniczo. W tym czasie ja zajęłam się przeglądaniem forów społecznościowych na swoim telefonie. Z letargu wyciągnął mnie chłopak trącając łokciem w bok.

-Zuza, mogę zjechać na postój? Tu zaraz jest Orlen. Mam ważny telefon <szepnął przysłaniając dłonią mikrofon>
-Nie ma problemu. Tylko nie obudź Szymka

Wojtek zaparkował na CPN'ie i odszedł od auta porozmawiać. Siedziałam cicho w aucie, aż przez przypadek, gdy chciałam się odwrócić nacisnęłam przez przypadek ramieniem na panel i coś musiałam wcisnąć, gdyż włączyłam alarm. Dziecko zbudziło się wystraszone. 

-Już wyłączam <przybiegł Wojtek>

Wyjęłam Smyka z fotelika i mocno przytuliłam uspokajając pogadanką pełną czułości. Po tym, jak minęło przerażenie Wojtek posadził Małego do fotelika, na co Ten złapał Go za rękę wołając "Tata, tata", "tu" na znak by został z Nim z tyłu.

-Kochanie, tata musi prowadzić auto, bo kto pojedzie? <Wojtek próbował wyjaśnić Mu odmowę>
-Mama
-Mama nie umie kierować autem. Ale może z Tobą usiądzie, co?
-Tak <zatwierdził>

I w ten sposób mogliśmy kontynuować jazdę. Nie wiem jak długo jeszcze jechaliśmy, bo podczas kolejnej próby uśpienia dziecka, gdy śpiewałam Mu kołysankę sama zasnęłam. Kierowca obudził mnie dopiero, gdy osiągnęliśmy cel naszej podróży. Moim oczom ukazało się rozległe jezioro, a tuż za nim...kolejne...

-Wojtek, gdzie Ty nas wywiozłeś? <spytałam wyjmując z auta dziecko i goniąc chłopaka zmierzającego do jakiegoś domu>
-Witajcie w naszym nowym miejscu zamieszkania <spokojnie odpowiedział i zapukał do drzwi> 
-Miało być bez żadnych tajemnic <spojrzałam na Niego z buntem wymalowanym na twarzy>
-Ale niespodzianka to taka przyjemna tajemnica <chciał zabłysnąć tym stwierdzeniem>
-Idziemy z Szymkiem się przejść, niedaleko jest jezioro <oznajmiłam>
-Zuza poczekaj! <zdenerwował się>  To jest nasz przyszły dom...tzn jeśli Wam się spodoba, więc proszę podejmijmy tak ważną decyzję wspólnie <był rozgoryczony>
-W porządku, przepraszam <dorwała mnie skrucha>

Wzięłam dziecko na ręce i wspólnie podeszliśmy do drzwi, do których zapukał Wojtek. Po chwili otworzył nam starszy Pan i po "zidentyfikowaniu" chłopaka wpuścił do środka. Oprowadził nas po mieszkaniu, swoją drogą od razu bardzo mi się spodobało, ale moja duma nie pozwalała ukazać tego przed Wojtkiem. Usiedliśmy w salonie, gdzie właściciel rozłożył przed nami plan domu.  Szymek zaczął się niecierpliwić, więc puściłam Go, żeby sobie pobiegał. W domu był pies - labrador, który od razu wpadł Malcowi w oko. 

-Ojjj psa nie dorzucę do ceny <zaśmiał się właściciel>
-Przy naszym trybie życia to nie byłaby dobra decyzja <przeanalizowałam>
-Mama, hau hau <Szymek chyba był innego zdania>
-Zuza, ten temat obgadamy osobno. Dziecko się przy psie lepiej rozwija 
-Masz rację, to odrębny temat <ucięłam>
-Dobrze Panie Romanie, zastanowimy się i skontaktuję się z Panem. Mógłbym prosić ten plan domu?
-Oczywiście, będziemy w kontakcie, namiary Pan ma.

Pożegnaliśmy się z właścicielem i wróciliśmy do auta. Chłopak skierował się nad jezioro, gdzie zrobiliśmy sobie małą przechadzkę po świeżym powietrzu. Idąc wydeptaną ścieżką brzegiem jeziora Szymek kroczył przed nami łapiąc motylki, my zaś z tyłu mając oko na Malca szliśmy objęci w pół rozmawiając nad decyzją. 

-Jesteś zdecydowany nad grą w tutejszym klubie? <spytałam>
-Zuza wiesz co jest moim priorytetem. - gra w kadrze
-Myślałam, że ja <udałam nadąsaną>
-Tyyy, zazdrośniku <zaśmiał się i zatrzymał przytulając, po czym musnął moje usta>
-Dziecko zobaczy <skarciłam Go,lecz nie mogłam się oprzeć i odwzajemniłam gest>
-Niech patrzy jak mamusia z tatusiem się kochają <zadrwił przytulając mnie>
-Ejj gdzie Szymek? <straciliśmy Go z oczu>
-Szymek! Szymek! <zaczęły się poszukiwania z niepokojem>
-Wojtek patrz w jeziorze! <aż głos mi się załamał, byłam przerażona>

Przeszukaliśmy cały teren w pobliżu. Zagłębiłam się w okoliczny lasek, Wojtek zerkał do wody i pytał ludzi. Nagle podszedł do mnie Wojtek z ulgą wymalowaną na twarzy rozmawiając przez telefon.

-Umówiłem się tu ze Zniszczołem i nie odbierałem telefonu. Skojarzył Szymka ze zdjęciami z mojego IG oraz pamiętał Małego jak na meczach się spotykaliśmy jak jeszcze ze mną wszędzie jeździł, bo my się rozstaliśmy. I chcąc zrobić mi psikusa zaszedł z chłopcem do okolicznej restauracji i tam na nas czeka <oznajmił, a ja byłam wściekła>
-Nienormalnych masz znajomych! Chyba trzeba będzie się zastanowić nad tą przeprowadzką, gdyż czuję, że już się nie polubię z tym człowiekiem.
-Będziesz musiała <czuł się zakłopotany i zbierał szybko myśli jak mi przekazać daną informację>
-Co chcesz mi powiedzieć?
-Na około tydzień się u Niego zatrzymamy od dzisiaj <był pełny niepokoju przed moją reakcją>
-Chodź szybko do Szymka, bo pewnie się wystraszył <przewidywałam>

Dotarliśmy do miejsca, gdzie czekał Miłosz. Okazało się, że nasz dzieciak dobrze się bawił z siatkarzem i Jego żoną Moniką, która była aktualnie w ciąży.

-Kochanie nie wolno tak odchodzić od mamusi, a Ty kolego przemyśl swoje zachowanie <przytuliłam dziecko, a na nowo poznanego kolegę chłopaka warknęłam>
-Przepraszam, nie chciałem Was wystraszyć <wyznał skruszony siatkarz>
-Trochę za późno na myślenie <byłam wściekła>
-Też dostał ode mnie opiernicz jak zauważyłam Go z dzieckiem. Jestem w stanie Cię zrozumieć, gdyż sama jestem w ciąży <wtrąciła Monika>
-W porządku <trochę ochłonęłam> Maluszku...ładnie to tak uciekać od mamy? martwiłam się <kucnęłam przy chłpocu>
-Niee <zrobił smutną minkę>  Ćmok <podszedł i spytał o buziaka>
-Oczywiście, że "ćmok" będzie, ale jak obiecasz, ze już więcej tak nie zrobisz
-Tak <i za to z uśmiechem skradł buziaka>
-Ile ma Wasz Śmieszek? <spytała Monika>
-Prawie 2,5 roku <oznajmił Wojtek>

Po opanowaniu nerwów zagadałam się z Moniką bawiąc się przy tym z Szymkiem. Zjedliśmy obiad, panowie pojechali naszym autem na halę, aby Wojtek zapoznał się z kontraktem na własne oczy, gdyż do tej pory jedynie porozumiewał się ustnie i to za pośrednictwem swojego menedżera, a Miłosz na trening na siłowni. My zaś z Moniką i Szymkiem udaliśmy się do domu Zniszczołów, gdzie synka od razu położyłam spać, bo padł w czasie drogi, a sama z dziewczyną przygotowałam kolację i chwilę porozmawiałyśmy. Chłopaki dali znać, że wrócą późno, ponieważ z drużyną poszli na miasto, więc nakarmiłam chłopca, pobawiliśmy się, następnie kąpiel i poszliśmy spać. 
_______________________________________________________________________
Kochani,
po długiej przerwie ukazał się rozdział, który dokończyłam dziś po półrocznym pisaniu...przechodził męki, więc mam nadzieję, że nie będzie najgorszy. 
Chciałam Was bardzo przeprosić za tę nieobecność, ale musiałam poukładać kilka swoich spraw, do tego praca, studia i naprawdę nie dałam rady i miałam brak weny, a dodatkowo utraciłam na pewien okres dostęp do konta przez problemy z komputerem. 
Już jestem i planuję kolejny rozdział napisać i dodać jakoś w lutym i mam nadzieję, że sesja mi w tym nie przeszkodzi i jeszcze Ktoś z Was ze mną pozostał... jesteście?

Pozdrawiam wraz z buziakami  ;**

sobota, 26 sierpnia 2017

Rozdział 107 "Podporządkowujemy wszystko pod Ciebie, nie jesteś pępkiem świata"

UWAGA!!!
Kochani pod rozdziałem mała prywata, ale naprawdę jest to dla mnie ważne. 

PERSPEKTYWA WOJTKA:
Sezon zleciał mi bardzo szybko. Oczywiście był nieco rwany, bo musiałem wziąć kilka dni wolnego przez moje życiowe rozterki. Dziś gramy ostatni mecz o 5-te miejsce z Radomiem. Poprzednie starcie zakończyło się zwycięsko dla naszej drużyny nie tracąc ani jednego seta. Wtedy graliśmy u naszego przeciwnika, dziś na naszym terenie. Kędzkim tak się spodobała ta rywalizacja, że oznajmili, że nie opuszczą ostatniego starcia i mają dziś do nas przyjechać. Rano zebrałem się na poranny rozruch przed najważniejszym spotkaniem w tym sezonie, a w drodze powrotnej odebrałem gości z przystanku.

-Zapraszam <wpuściłem Ich do mieszkania>
-Zuzki nie ma? <spytała Pani Kasia>
-Jeszcze na uczelni jest, ale niedługo powinna być. Jeszcze Szymka z przedszkola odbierze <oznajmiłem>

Zrobiłem herbatę gościom, podałem ciastka i tyle co zasiedliśmy do stołu i wymieniliśmy się ostatnimi wydarzeniami, do domu wrócili pozostali domownicy. Pani Kasia oczywiście pierwsze co zrobiła to przywitała się z Zuzą, a następnie Szymek uwinął Ją sobie wokół palca.

-Ma chłopak branie...każda dla Niego głowę traci <skomentował Kamil>
-Jedynie pozazdrościć, co się będzie ograniczał <podłapałem żart>
-Słyszałam <Zuza zerknęła zza futryny i gestem zastrzegła, że ma mnie na oku>

Podgrzaliśmy z Zuzą przygotowany obiad, po czym wspólnie z gośćmi go skonsumowaliśmy. Po posiłku udałem się wraz z Szymkiem na drzemkę  regeneracyjną. Położyliśmy się na łóżku w sypialni. Wziąłem Małego na klatkę piersiową podkładając Mu pod główkę poduszeczkę i przykrywając Go kocem.  Zaśpiewałem Mu do snu, a gdy zauważyłem, że cel został osiągnięty sam momentalnie przymknąłem powieki i odpłynąłem.

PERSPEKTYWA ZUZY:
Wojtek położył się, Pani Kasia zaczęła bawić się z Szymkiem, a Kamil pomógł mi pozmywać naczynia po obiedzie.

-Zuza, widziałem ostatnio Twojego Ojca <oznajmił>
-Kamil, trochę przez Niego wycierpiałam. Najpierw przez prawie 20 lat miał mnie gdzieś, a będąc w potrzebie nagle sobie o mnie przypomniał <przerwałam Mu>
- Ma córeczkę <szybko dodał i unikał mojego wzroku>
-Nie interesuje mnie to <fakt, zrobiło mi się przykro>
-Jego syn zmarł w dniu, gdy Mała się urodziła. Ma na imię Zosia
-Przykro mi...<chłopca polubiłam, nie był tu niczego winny> ale nie chcę na ten temat rozmawiać <zbyłam Go i zaniosłam upieczone wieczór wcześniej ciasto>

Pośród rozmów na inne tematy wrócił mi humor. Wojtek wstał, spakował torbę, wypił kawę, posiedział chwilę z nami i uciekł na halę. Ja przebrałam Szymka w koszulkę Miedziowych przyniesioną dla Niego przez Wojtka oraz dresowe spodnie. Na halę poszliśmy pieszo. Ja pchałam wózek, lecz Szymek wolał siedzieć na barana u wujka. Podczas meczu raz wyszłam z Małym, ponieważ płakał, a tak to bez przerwy krzyczał "tata, tata". Spotkanie okazało się zwycięskie dla gospodarzy 3:2, czym obronili 5-miejsce. Zaraz po meczu zeszliśmy wspólnie z Kędzkimi z trybun. Podszedł do nas Wojtek jak tylko nas zauważył i przejął Małego, a mnie obdarzył pocałunkiem. Widziałam jak trzymał chłopca na rękach i zwracał na Niego całą swoją uwagę podczas udzielania wywiadu czy

-Zuza trzymaj Go, ja się idę przebrać. Idziemy z chłopakami na miasto? Was również zapraszam <zwrócił się do gości>
-Daj Go <przejęłam spowrotem mojego małego mężczyznę> Chcecie to idźcie, ja zajmę się Małym. Po klubach dziecka ciągać nie będziemy, z resztą jest już marudny, głodny i śpiący <podsumowałam>
-Ja z miasta zrezygnuję, jesteście młodzi, to możecie trochę poszaleć. Ja stara baba, mogę się zająć małym przystojniakiem <zabawiała Szymka>
-To ustalcie między sobą, ja zmykam do szatni
-Zuzanko, idźcie z zawodnikami, jak możesz weźcie Kamila, a my sobie z Szymkiem poradzimy. Wykorzystajcie, bo często Was wyręczyć nie mogę <zastrzegła Pani Kasia>
-To nie problem? <spytałam nieco wstydliwie>
-Wielka przyjemność <co prawda byłam zadowolona z takiego obrotu spraw>

Wyszliśmy do holu, gdzie po przeszło 35 minutach doczekaliśmy się przyjmującego.

-I jak, co ustalone? <spytał ciekawy>
-Idziemy z Wami wraz z Kamilem, ale najpierw pojedziemy do domu. Poinstruuję Panią Kasię co gdzie mamy, itd... <oznajmiłam>

Uczyniliśmy tak, jak ustaliliśmy wcześniej. Dołączyliśmy do chłopaków, którzy poszli na pizzę, a następnie do klubu uczcić sukces, na który pracowali cały sezon. Cały wieczór wiedziałam, że Szymek na należytą opiekę, ale jednak w takich okolicznościach jeszcze nigdy bez nas nie zostawał. Sama wiem, jak często potrafi pokazać swój charakterek. Kilkakrotnie rozmawiałam z Panią Kasią, lecz szybko zostałam uspokajana przez Nią i spławiana. Do domu wróciliśmy nad ranem po dobrej zabawie. Kamil od razu ułożył się spać. My z Wojtkiem również położyliśmy się od razu. Nie ukrywam, że pozwoliliśmy sobie na kilka drinków.

PERSPEKTYWA WOJTKA:
Nie pamiętam jak dotarłem do łóżka. Do rzeczywistości wróciłem, gdy przeraźliwie głośny dźwięk wdarł się do moich uszu. Niechętnie i z trudem uchyliłem powieki, po czym wyłączyłem budzik...tzn. chciałem wyłączyć, bo okazało się, że nie to urządzenie było przyczyną tego harmidru. Rozkryłem się, zarzuciłem koszulkę i spodnie dresowe, po czym poszedłem do drzwi. Niestety trochę za późno, bo Mały zdążył się obudzić. Po otwarciu drzwi ujrzałem listonosza. Spojrzałem na zegarek....9:41.

-No ładna pora, oby to było coś ważnego <odparłem do pracownika Poczty>
-Nie wiem, ale polecony z PZPS'u, więc chyba ważne <odparł> Proszę tu podpisać <wskazał palcem miejsce>
-Dziękuję, miłego dnia <pożegnałem się>

List wsadziłem zgięty na pół do kieszeni w spodniach i poszedłem po Szymka, aby nie obudzić Zuzy, ani gości. Usiadłem w kuchni dając dziecku do picia wody i otworzyłem pocztę. Dostałem powołanie do kadry. Nalałem sobie wody do szklanki, którą opróżniłem w mgnieniu oka. Powędrowałem z Szymkiem do sypialni, gdzie Go przewinąłem. Poprzez gaworzenie Malca zbudziła się dziewczyna.

-No ładnie Młody, stawiasz wszystkich na nogi <pokręciłem głową>
-Widzisz jak działa na kobiety <zaśmiała się dziewczyna siadając na łóżku i poprawiając włosy>
-Na pewno nie tak jak ja <wyszczerzyłem się>
-Idę do łazienki. Ubierz Młodego, bo w samym pampersie nie będzie biegał, bo jest chłodno i widzimy się w kuchni. Trzeba śniadanie zrobić. <oznajmiła>
-Zrobimy, zrobimy. <przewróciłem oczami> Szymek, w co się ubierzemy? <spytałem podchodząc do szafy dziecka>
-No to życzę powodzenia w ubieraniu <zadrwiła ze mnie Zuza>

Ubrałem chłopca w dresik i poszliśmy do kuchni, gdzie czekała na nas już gotowa Zuza.

-Wojtek przydałoby się skoczyć po chleb <jęknęła z błagalnym spojrzeniem>
-Dobra, masz Smyka, a ja lecę się ubrać i do sklepu
-Kochany jesteś <obdarowała mnie buziakiem>

Ubrałem się migiem i zebrałem się do wyjścia do sklepu.

-Ta-ta, ta-ta! <zaczął płakać Szymek>
-Idziesz ze mną do sklepu, tak? 
-Tak <oznajmił bez chwili zastanowienia i przyniósł sobie buty>
-Zuza, wezmę Go <odparłem do dziewczyny, która stała oparta o ścianę o przyglądała się nam upijając kolejne łyki kawy>
-Dobra, ale chodź Szymek, ubierzemy się ciepło <zawołała smyka i założyła Mu podkoszulkę pod bluzkę z dresów oraz ciepłe skarpety, a następnie kurtkę i buty> Bierzesz wózek? <spytała>
-Nie, przejdziemy się <wiedziałem, że i tak nie będzie chciał jechać>

Całą drogę dziecko kopało pozostałości śniegu oraz skakało po zaspach przy drodze wywracając się przy tym kilkakrotnie. Zakupiliśmy jeszcze ciepłe pieczywo, a Szymcio upatrzył sobie ciacho. Stał przed gablotą oparty o szybę i krzyczał "mniam-mniam" wpatrując swoje oczka w eklera.

-Mniam! <krzyczał jak pakowałem Jego słodycz i wychodziliśmy z lokalu>
-Dostaniesz ciacho jak dojdziesz do domu i zjesz śniadanie
-Nie <kłócił się z oburzoną miną>

Wziąłem Malca na ręce i próbowałem zagadać.

-Pójdziemy do parku i zrobimy aniołka, co? Tatuś Cię nauczy <szeptałem do małego uszka, co zyskało Jego ciekawość>
-Czego tatuś będzie uczył? <spytał Kadziu, który wracał ze sklepu obładowany>
-Cześć, a dobrej zabawy <zacieszyłem>
-No tak, nie było pytania <zaśmiał się>
-Idziesz z nami na chwilę do parku?
-Hmm chwilę mam, moja córa przyjeżdża do mnie i musiałem jakieś zakupy zrobić
-To chodźmy, bo Mały się nie cierpliwi <chłopiec zaczął wyrywać się z moich ramion> Ejjj, Smyku upadniesz <zwróciłem uwagę>

Na miejsce szliśmy w towarzystwie zaciekłych rozmów z dziennikarzem. Opowiadał o pracach nad pomysłem swojej książki oraz namawiał mnie na udział w Jego treningach z dziećmi, przynajmniej jednorazowo. Postawiłem Szymka na ziemi obok Łukasza, a sam położyłem się na śniegu i pokazałem Malcowi jak robić aniołka. Szybko poszedł w moje ślady. Łukasz wykorzystał moment i najpierw zrobił mi zdjęcie, a później rzucał we mnie śnieżkami. Zabawa się skończyła jak zadzwoniła do mnie Zuzka. Zebrałem się oraz Szymka, otrzepałem nas i ruszyliśmy do domu. Znów Szymek się przeciwstawiał mi i był płacz, ponieważ zabawa bardzo Mu się podobała. Pożegnałem się z kumplem i wróciliśmy do domu.

-Wojtek, On jest cały mokry <zwróciła mi uwagę Zuza>,
-Ja też <oznajmiłem obojętnie>
-Ale to jest małe dziecko, jak będzie chory? Pomyśl czasem Wojtuś <była zła>

Przebrała dziecko i przekazała je pod czujne oko Pani Kasi, gdy po zaniesieniu herbat do salonu na śniadanie spytała w czym jeszcze może pomóc. Do tej funkcji Zuza upatrzyła już sobie mnie. Pokroiłem warzywa i pieczywo, po czym zniosłem na stół i zagadałem się w pokoju z Kamilem. Dziewczyna dołączyła do nas z jajecznicą oraz wędliną i zasiedliśmy do posiłku. Szymek był grymaśny.

-Szymuś, wiesz co będzie jak zjesz ładnie? <miałem na Niego haka"
-Mniam mniam <aż zabłyszczały Mu się oczka>
-Co znów za "mniam mniam"? <Zuzka była czujna>
-Ojj eklera sobie upatrzył <wyznałem>
-Wojtek, takie małe dziecko, a Ty już od rana uczysz słodyczy jeść
-Ejj On już chciał tam na miejscu zjeść <broniłem się, na co jedynie wywróciła oczami>

Po śniadaniu pozmywałem, a goście pili kawę z moją dziewczyną, która przychylnie podała słodkość Małemu. Zuza poszła położyć dziecko, a ja odwiozłem Kędzkich na autobus. 
Po powrocie usiadłem w kuchni z kubkiem kawy, bo jeszcze tego dnia nie piłem, po czym doczekałem się wreszcie dołączenia do mnie Zuzy.

-Wróciłeś? przysnęłam trochę z Małym <wyznała i upiła mi duszkiem z pół kubka napoju>
-Muszę z Tobą porozmawiać <oznajmiłem>
-Mów bo robi się poważnie <wiedziała, że po mnie może się spodziewać wszystkiego>
-Dostałem list z rana....i mam powołanie do kadry <byłem szczęśliwy, lecz obawiałem się Jej reakcji>
-Super, gratuluję <wtuliła się we mnie z entuzjazmem>
-Nie jesteś zła? <spytałem z powątpiewaniem>
-Nie, dlaczego? To są Twoje marzenia, które realizujesz, więc się cieszę razem z Tobą 
-Dziękuję <pocałowałem Ją> Tylko za dwa dni muszę być w Spale  na zgrupowaniu 
-Rozumiem, damy sobie radę, dobrze, że załatwiłeś przedszkole dla Malca. Będziemy tęsknić, ale trzymamy kciuki <dziewczyna przytuliła się do mnie i namiętnie pocałowała>
-Kocham Cię <wyszeptałem pomiędzy pocałunkami>

Zuza zrobiła nam herbatę oraz ugotowała budyń, zaś ja rozłożyłem sofę w salonie i odpaliłem PS'a. 

-Ejj, mieliśmy film obejrzeć <oburzyła się stawiając na stole przekąskę>
-Chodź, trochę emocji Ci zapewnię, bo będziesz miała niedługo nudę <zasmuciłem się na perspektywę wyjazdu>

Faktycznie dziewczyna się tak wciągnęła, że raz nawet ograła mnie w FIFĘ. 

-Dobra jesteś, nie mówiłaś, że kiedyś grałaś 
-Bo nie pytałeś. Grałam, grałam sporadycznie <była tajemnicza> 
-Skąd ta umiejętność? <brnąłem dalej>
-Z Bełchatowa <urwała temat>

Widziałem, że nie chciała zbytnio wgłębiać się w ten temat. Odpuściłem. Domyśliłem się, że grać mógł nauczyć Ją Piechocki. Widziałem, że tylko udaje taką silną, a naprawdę tłumi w sobie te wszystkie przeżycia i żal do Niego. Zapewne obwinia i siebie, choć nie ma za co tak naprawdę, ale to taki charakter. Rozgrywki przerwała nam pobudka synka, który od razu dał znać, że drzemka dobiegła końca. Poszedłem po Niego i cały wieczór spędziliśmy układając drewniane puzzle, bawiąc się kręglami, w które Szymek nie rzucał piłeczką, lecz wbiegał. Dziecku spodobało się nawet gotowanie obiadu. Dzielnie wrzucał obrane warzywa do garnka oraz sypał mąkę garstkami do pierogów, które zrobiła Zuzka. 

-Chodź mały kuchciku, bo smrodek się ciągnie za Tobą <zaśmiałem się>
-Wojtek <pokręciła głową z politowaniem>
-No co? Przebrać Go idę <chwyciłem dziecko na ręce i poszedłem do sypialni>
-Ty! Zuza!! ja się dziś muszę spakować, bo skoro od poniedziałku z rana zaczynamy zgrupowanie, to jutro muszę być w Spale <oprzytomniałem krzycząc podczas przewijania Malca>
-No to rychło w czas <odpowiedziała>

Gdy chłopiec był gotowy puściłem Go, aby sobie pochodził po mieszkaniu, a ja wyrzuciłem z szafy rzeczy reprezentacyjne oraz kilka prywatnych i walizkę. Zuzka zawołała mnie na obiad, więc przerwałem pakowanie. Pokroiłem Szymkowi pierożki, następnie pomału zacząłem Go karmić, co skończyło się płaczem, ponieważ poparzyłem Mu wargę i języczek. Zuzka od razu pospieszyła Mu na ratunek podając zimną wodę do picia. Dmuchała następnie każdy kawałem posiłku zanim trafił do buźki Maleństwa.

-Wojtek, trzeba Mu kupić buty i kilka ciuszków, bo rośnie nam koszykarz <sprowadziła mnie na ziemię>
-Bardziej żyrafa <zadrwiłem>
-Przestań pajacować <rzuciła pogardliwe spojrzenie>
-No dobra, no to siatkarz  <rozmarzyłem się>
-Oby nie <westchnęła>

Gdy Szymek zjadł Zuzka umyła Mu buźkę i wyjęła z krzesełka na wolność. Skończyliśmy we dwójkę posiłek rozmawiając przy tym. Pomyłem naczynia i obejmując moją dziewczynę zmierzyłem do salonu dokończyć pakowanie.

-Gdzie Młody? <spytałem będąc jeszcze w przedpokoju>
-Nie wiem <zrobiła zdziwioną minę> Ale ta cisza mnie zaczyna martwić <wyznała niepewnie>
-W salonie nie ma <oznajmiłem rozglądając się>
-Pod łóżkiem też nie <poinformowała>
-Ciii <ostrzegłem szeptem słysząc pomrukiwania i widząc poruszające się wieko walizki>
-Hmm? <wymruczała niczego nieświadoma Zuza>
-A kto to jedzie ze mną? <spytałem radosnym tonem odkrywając walizkę>
-Ta-ta <krzyknął i zaczął się śmiać>
-Oj Smyku Smyku <przytuliłem Go wyjmując z walizki>

Zuza wyszła poodkurzać salon, a ja zacząłem składać swoje rzeczy i wkładać je do walizki, zaś Szymek znalazł sobie świetną zabawę w formie wyrzucania moich rzeczy z walizki i wkładania swoich zabawek i pieluszek.

-Młody, kiedyś możliwe, ze sam tam będziesz jeździł, już ja o to zadbam, ale na chwilę obecną zostajesz w domu z mamą <zaśmiałem się na tę sytuację>
-Po moim trupie <akurat musiała usłyszeć moja druga połówka>
-Da się załatwić <zadrwiłem>
-Wojtuś, nie zadzieraj ze mną <ostrzegła>

Poszedłem do Niej i obdarowałem pokornym całusem. Gdy skończyła sprzątać zabrała chłopca na zakupy, abym mógł się spokojnie spakować. Gdy zakończyłem tę czynność i zniosłem dwie walizki i torbę do auta zdzwoniłem się z Nią i powędrowałem do Możdżonków, gdzie moja dwójka zabalowała. Oczywiście jak wszedłem, to szybko wyjść się stamtąd nie dało, jak rozgadał się mój przyjaciel. Wypiliśmy szybko herbatę, Hania zabawiała dzieciaka. Poszedłem z Marcinem do kuchni, gdzie pogadaliśmy trochę na temat dojazdu, ponieważ On również opuszczał swoją życiową miłość.
Wróciliśmy do mieszkania, gdzie po szybkim umyciu Malca ubrałem Go i dołączyliśmy do Zuzy do kuchni na kolację, po której umyłem się, a dziewczyna przeczytała Mu bajkę. Oznajmiłem, że to ja Go dziś usypiam i po buziaku z mamą poszedł w moje ramiona, po czym położyliśmy się na łóżku i po skakaniu na moją klatkę piersiową wreszcie ułożył się wtulony we mnie.

PERSPEKTYWA ZUZY:
Chłopaki posnęli niczym jacyś zaczarowani, zatem ja posprawdzałam sobie plan studiów, terminy sesji oraz ułożyłam grafik kiedy Hania miałaby odebrać Szymka z przedszkola, po ówczesnym obgadaniu z Nią tej sprawy, oczywiście za plecami Wojtka. Zasnęłam przed TV w salonie na sofie. Rano obudził mnie dźwięk trzaskających drzwi, a po chwili płacz dziecka.

-Pójdę do Niego, zbieraj się, bo umówiłeś się z Marcinem <wymamrotałam zaspana>

Wzięłam Brzdąca na ręce i chodziłam z Nim po mieszkaniu bujając na rękach.

-Klocku Mały, ile Ty ważysz? <śmiałam się stojąc przy Wojtku parzącym kawę>
-A tak właściwie, to chyba pora na bilans u lekarza <przybrał minę myśliciela>
-Sprawdzę to później w przychodni. Zadzwonię tam <zaplanowałam>

Zjedliśmy wspólnie śniadanie. Szymek uraczył się mlekiem, jak codziennie rano i tego menu nie można zmieniać. Później zje wszystko, ale mleko musi być. Przeżyliśmy trudne rozstanie. Szymek zrozumiał, że to dłuższa rozłąka i nie chciał wypuścić taty, po czym uspokajałam Go przeszło godzinę.

PERSPEKTYWA WOJTKA:
Wyszedłem z mieszkania, gdzie słyszałem jeszcze na parterze płacz dziecka. Wsiadłem do auta i siedząc za kierownicą spojrzałem w górę. W oknie stała Zuza z Małym. Łza zakręciła mi się w oku. Odpaliłem samochód i ruszyłem po przyjaciela, a stamtąd do Spały. Byliśmy coś koło 13:00 na miejscu, ponieważ mieliśmy jeszcze przystanki na jedzonko, rzecz oczywista. W Ośrodku pierwsze kroki skierowaliśmy do pokoju trenera, gdzie przywitaliśmy się ze Stephanem, a następnie zostawiliśmy bagaże w swoich pokojach. Później zajął się nami lekarz i fizjo. Wieczorem dołączył do mnie Rafał Buszek do pokoju. Gdy wyszedł na nocne gierki w karty, ja zadzwoniłem do Zuzy. Umówiliśmy się na Skype na rozmowę jak tylko wykąpie Małego. Opowiedziała mi jak minął Ich dzień. Mały Smerfik cieszył się i cały czas coś mówił, trochę zrozumiale, trochę mniej zrozumiale. Aż serce radowało mi się na Jego uśmiech. Kocham Ich mocno. Codziennie starałem się dzwonić do Nich po dwa razy, jeśli była taka możliwość. Jeśli nie, to jedynie wieczorem, a w ciągu dnia umawiałem się z dziewczyną na telefon pomiędzy Jej zajęciami, a moimi treningami. Do czasu... Pewnego dnia, w drugim tygodniu mojego pobytu w spalskich lasach zadzwonił z rana mój telefon. Odebrałem, choć numer był zastrzeżony. Okazało się, że to mój agent podał mój numer telefonu działaczom z Olsztyna. Zadzwonili z propozycją kontraktu na nowy sezon. Po połączeniu zadzwoniłem do mojego agenta, który rozwiał moje wątpliwości. Zwlekałem z telefonem do Zuzy, z rozmową przez Skype'a...aż sama zadzwoniła następnego dnia wieczorem. Opowiedziałem Jej co jest na rzeczy. Na perspektywę przeprowadzki z dzieckiem, z Jej zaczętymi studiami rozłączyła się. Całe kolejne dwa dni nie odzywaliśmy się do siebie, nie odbierała moich telefonów. Na treningach nie mogłem się skupić, aż otrząsnął mnie Marcin. Wieczorem podszedłem do trenera i poprosiłem o wolny weekend. Okazało się, że i tak był taki pomysł, a ja jedynie przyspieszyłem jego datę. Po powrocie do Lubina sobotniego poranka bałem się wejść do mieszkania. Odwiozłem Marcina, który życzył mi powodzenia i pomógł oszacować plan rozmowy. Zakupiłem w kwiaciarni piękne, herbaciane róże i powędrowałem do domu. Wszedłem, moje dwa skarby jeszcze smacznie spały wtulone w siebie. Położyłem kwiaty na szafce nocnej i poszedłem zaparzyć kawę. Zuza po chwili przyszła do kuchni i zmieszana nie wiedziała jak się zachować. Wtuliłem się w Nią.

-Wojtek, nie chcę stąd wyjeżdżać <była zmartwiona>
-Tam mam szanse na rozwój <broniłem się>
-A tu niby nie? Podporządkowujemy wszystko pod Ciebie, nie jesteś pępkiem świata <wrzasnęła> Rodzina to wyrzeczenia <westchnęła z żalem>
-Zuza! <zawołałem za Nią, gdy schowała się w łazience>

Następnie wyszła z mieszkania i nie odbierała ode mnie telefonu. Zadzwoniłem w pierwszym momencie do Marcina o przeszło 30 minutach. Okazało się, że tam jest i przyjaciel nie kazał mi się niczym martwić.

-Wiem jak to załatwić <dodał mi otuchy> Pogadam z Nią <uspokoił mnie>
-Dzięki <oznajmiłem podłamany tą sytuacją>

Resztę dnia spędziłem na przyrządzaniu jedzenia z Malcem oraz zabawą z Nim. Wieczorem , gdy skończyliśmy właśnie kolację wróciła Zuzka. Podeszła do mnie i wtuliła się we mnie.

-Przepraszam <wyszeptała>
-<odwzajemniłem uścisk>  Położę Małego i pogadamy, ok?
-Jasne <wymusiła uśmiech>

Ułożyłem Malca do snu i wróciłem do salonu po drodze zaparzając dwie herbaty. Zuza siedziała na sofie wpatrując się w zasłonięte firanką drzwi balkonowe. Podałem Jej kubek, który szybko odłożyła na stół.

-Nie chcę żadnych podziałów między nami <wyznała łamiącym się głosem>
-Nie będzie ich...Zuzka, chcę dla nas lepszej przyszłości. To nie tak, ze myślę tylko o sobie. Myślę właśnie o naszej trójce.
-A co z moimi studiami? <była załamana>
-Damy radę i z tym.
-Co mam zaczynać od nowa? <zdenerwowała się>
-Nie, rozeznałem sytuację. Da radę przenieść Twoje papiery na Uniwersytet w Olsztynie.
-Naprawdę? Pomyślałeś o mnie
-Zawsze o Tobie myślę <okazał mi swoje serducho>
-To co? Mogę normalnie podpisywać kontrakt?
-Tak <nie była super zadowolona>

Poszliśmy spać.
Następny dzień spędziliśmy na wycieczce za miasto do Zamku Czerna. Weekend szybko minął. Jeszcze przed powrotem oddzwoniłem do Olsztyna i umówiłem Ich na spotkanie z moim agentem, a ja miałem podjechać po sezonie reprezentacyjnym. 
____________________________________________________________________
Kochani, tak jak wspomniałam, mała prywata... zaczęłam pisać bloga fotograficznego. Mało tekstu, kilka zdjęć...zapraszam, chciałabym rozkręcić tamtą stronkę, więc liczę na Wasze wsparcie. Mam nadzieję, że Was to zainteresuje, czekam tam na Wasze opinie ;3
#liczęnaWas ;*
https://zatrzymacchwile-photopassion.blogspot.com/

Kolejny za 2 tygodnie. Buźka ;*

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Rozdział 106 "Tego Ci już nie wybaczę"

PERSPEKTYWA WOJTKA:
Gdy Zuzia opowiedziała mi o sytuacji z Piechockim miałem ochotę Go zabić. Po prostu zabić. Wiem jak między Nimi było wcześniej, ale ufam dziewczynie. W tamtej chwili zachowałem się egoistycznie, za co zapłaciłem opuchniętym policzkiem. Miała takie prawo, bo potraktowałem Ją jakby sama nie była zraniona i chciała tego pocałunku. Na samą myśl, że ktoś inny Ją całował targały mną emocje. Chwyciłem za kluczyki i dokumenty, ubrałem się, po czym wybiegłem do auta. Odjechałem ze łzami w oczach. W pierwszej chwili skierowałem się pod mieszkanie libero, ale odpuściłem. Wiedziałem, że mogę się przed czymś wtedy nie powstrzymać. Włączyłem radio i pojechałem przed siebie. Dojechałem do Lubina i była to chyba najlepsza opcja. Rozłączałem chyba z 70 połączeń od Zuzy. Wszedłem do mieszkania, usiadłem
w salonie na sofie, wysłałem Zuzce sms'a.

"Jestem w Lubinie, wrócę wcześniej do treningów, muszę przemyśleć kilka rzeczy. Daj mi czas, przyjadę w weekend."

Z oczu popłynęły mi łzy.
Napisałem jeszcze sms'a do Możdżonka.

-"Wpadnij jutro rano po mnie na trening. Wróciłem wcześniej."

Po chwili odpisał, jak zwykle oschle..."okey".
Wybrałem numer bełchatowskiego siatkarza, lecz nie odebrał. Powtórzyłem, również bezskutecznie tę czynność. Zrezygnowany poszedłem wziąć prysznic. Wychodząc z łazienki owinięty ręcznikiem usłyszałem dźwięk telefonu. Zbagatelizowałem to przeczuwając, że to ponownie Zuza. Udałem się do sypialni, przebrałem się w piżamę i wróciłem po telefon do salonu. To nie była jednak Zuza. Oddzwoniłem pod numer, na który tyle razy wydzwaniałem. Odebrał.

-Wojtek, zanim na mnie naskoczysz...wysłuchaj mnie, to był impuls, wiesz jak postrzegam Zuzę.
Podoba mi się i coś do Niej czuję, żałuję tego co kiedyś zepsułem swoim szczeniackim zachowaniem. Rozstałem się z Dominiką... nie wiem co mi strzeliło do głowy, naprawdę. Nie tykam dziewczyn przyjaciół. <mówił w pośpiechu, abym Mu nie przerwał>
-Masz ogromny tupet nazywając mnie swoim przyjacielem. Już poruszam faktu, że to moja dziewczyna, ale chodzi mi o to, że Ją skrzywdziłeś. Ja Jej ufam, więc wiem, że by mnie nie zdradziła, a już na pewno nie byłaby po tym w takim stanie w jakim jest. A Ty szansę miałeś kiedyś taką jak ja, ale to spieprzyłeś. Głupota boli <wydarłem się>
-Wybaczysz mi? <spytał z nadzieją w głosie>
-Ty mnie prosisz o wybaczenie? Ty się ciesz, że się do Ciebie nie wybrałem jak to w planach miałem, bo bym zabił po prostu. Dla mnie jesteś zerem, totalnym zerem. Nie całuje się dziewczyny przez zachciankę, bo się ma taki kaprys. <byłem wściekły>
-Ale ja Ją kocham...
-Chyba nie chcę tego słuchać. Odwal się od Niej po prostu. <rozłączyłem się i odkładając telefon na stolik pięścią uderzyłem w sofę>

Nie wiem nawet kiedy zasnąłem. Obudziłem się w salonie na sofie, zerknąłem  na zegarek...miałem półtorej godziny do treningu. 
Wstałem, spakowałem torbę treningową i ruszyłem z ciuchami do łazienki. Przebrany poszedłem do kuchni zaparzyć kawę i zrobić sobie śniadanie. Przyrządziłem kanapki na szybko, bo nawet do tego głowy nie miałem. Ciągle rozmyślałem o tym co się stało i jak powinienem się zachować wobec Kacpra, a przede wszystkim wobec Zuzy. Jak tylko zasiadłam do stołu zadzwonił Możdżon z komunikatem "Jestem, schodź już". Śniadanie skonsumowałem po drodze w aucie przyjaciela. Zajechaliśmy jeszcze na stację benzynową, gdzie kolega tankował. Po chwili przyszedł z dwoma dużymi kubkami kawy.

-Stary wiesz czego mi trzeba <byłem wniebowzięty>
-Widzę właśnie. Tylko teraz mów mi o co chodzi <zagadną odjeżdżając z CPN'u>
-No a o co ma chodzić? <udałem głupiego>
-Nie graj durnia, przecież widzę <spojrzał na mnie spod kąta>
-No co? Co mam Ci powiedzieć? że mój kumpel całował moją dziewczynę?
-Który? <po chwili wykrztusił z siebie>
-Piechocki palant <byłem zły>
-Chodź, pogadamy po treningu <oznajmił jak byliśmy pod halą>
-Nie mam ochoty na gadanie...
-Nie marudź, czasem trzeba trochę oleju wlać do Twojej głowy <zadrwił>

Weszliśmy do obiektu sportowego, skierowaliśmy się do szatni, a po kwadransie już się rozgrzewaliśmy. Gdy na salę wszedł trener podszedłem i poprosiłem o przywrócenie do treningów, zapewniłem, że z ręką już wszystko w porządku, choć tak naprawdę jeszcze mnie pobolewała. Wieczorem umówiłem się z fizjoterapeutą, że przyjdę to tzw kontroli.
Na treningu próbowałem wyzbyć się rozmyślań oraz wszelkich złych emocji. Zagrywkę posyłałem z wielką złością, co poskutkowało serią asów jak i autów. Ciężko było mi się skupić  Po 2 godzinach gry udaliśmy się do szatni. 

-O 17:15 mamy siłownię, zapraszam na obiad, Hani nie ma, więc pogadamy na spokojnie <oznajmił Marcin podchodząc do mnie, gdy wyszedłem spod prysznica>
-Dobra <mimowolnie się zgodziłem>

Po chwili wyszliśmy z obiektu sportowego i pojechaliśmy na osiedle środkowego. Weszliśmy na górę, gdzie siatkarz podgrzał przygotowaną przez Jego żonę jarzynową. Zjedliśmy, a gdy w piekarniku piekły się kotleciki z ciecierzycy oraz ryba my usiedliśmy z kubkiem kawy i przyjaciel wtapiał we mnie swój wzrok. 

-No co? <czułem się nieswojo>
-Nic, zupa Ci stygnie <dodał>
-Marcin, no co ja mam Ci powiedzieć?
-Co zrobisz może? Widziałem na treningu jak Cię to zżera
-No a co ja mogę zrobić. Kocham Ją nad życie. Marcin, ja wiem, że Ona tego nie chciała, wysłuchałem obydwu stron, widziałem Jej reakcję po... wierzę Jej
-To dobrze, Zuzy o to nie podejrzewałem nawet. A co z Kacprem zrobisz?
-Najchętniej to bym Go zabił <syknąłem przez zaciśnięte zęby i uderzyłem dłonią w stół>
-Uspokój się, pogadaj z Zuzą, bo zapewne rozmyśla co dalej z Wami
-A co ma być? nigdy nikogo tak nie kochałem
-No to wiesz co masz zrobić

Przyjaciel utwierdził mnie w przekonaniu, że nie mogę tego odpuścić Piechockiemu. Poproszę Zuzię, aby zerwała z Nim wszelki kontakt. Już raz o mało co Jej nie straciłem, nie wyobrażam sobie życia bez Niej. Jeszcze dwa dni i jadę do Bełchatowa. Muszę z Nią porozmawiać. Po obiedzie u przyjaciela odpaliliśmy PS'a i rozegraliśmy kilka partyjek w Fifę. Około 17 udaliśmy się na trening na trening na siłowni, po którym pożegnałem się z kumplami i obrałem kierunek - pokój fizjo. Po godzinnych zabiegach laserem oraz masażach wróciłem do domu. Resztę wieczoru zagospodarowałem na przygotowanie sałatki Cezar, zrobienie opłat, nastawienie prania, a na koniec zasnąłem przed TV.

PERSPEKTYWA ZUZY:
Całą noc nie mogłam zasnąć, myślałam o Wojtku, o tym co się stało. Wiedziałam, że zrobiłam dobrze powiadamiając Go o wszystkim. Odetchnęłam z ulgą jak napisał mi, że wrócił do Lubina. Martwiłam się, że mógł zrobić coś głupiego. Kilkakrotnie próbował dodzwonić się do mnie Kacper, ale nie miałam ochoty z Nim rozmawiać. Leżałam na łóżku, co przymknęłam oko, to wypływały mi łzy spod powiek. Serce mnie bolało, był to bardzo dziwny ból. Nie wiedziałam co teraz z Nami będzie. Szymek też nie mógł spać, przebudzał się chyba z 4 razy w ciągu nocy, aż wzięłam Go do siebie do łóżka i spał wtulony we mnie aż do rana. Usłyszałam koło 8, że ktoś się kręci po kuchni. Synek akurat się obudził, więc zeszliśmy na dół.

-Już wstałaś? <spytała Paulina wyjmując grzanki z opiekacza>
-Obudził się Królewicz <oznajmiłam lekko zmieniając temat>
-A Księżniczka coś spała? <przebiegle spytała>
-Tata, tata <krzyk Szymka spowodował u mnie napłynięcie łez>
-Chodź zdzwonimy do taty <Mariusz wziął Małego z moich ramion, a na ręce przekazał mi Tymka>
-Zuza, siadaj masz kawę i grzanki
-Dzięki, nie mam ochoty <kołysałam Maluszka na rękach>
-Siadaj. <odparła stanowczo>  Arek, śniadanie, bo spóźnisz się do szkoły! <chłopczyk przybiegł w mgnieniu oka zapinając w międzyczasie spodnie>
-Zuza mnie zaprowadzi <oznajmił pytającym tonem przeżuwając kanapkę>
-Jasne, jedz i szoruj po plecak, a ja lecę się ubrać. Paula, brać Szymka ze sobą czy moglibyście się Nim zająć?
-Że też pytasz <pokręciła głową z politowaniem>
-Młody... ruchy ruchy <mimowolnie się zaśmiałam>
-Bo osiwiejesz <przewrócił oczami> Zuzia na spokojnie, opanuj nerwy, bo to szkodzi. Żeby coś zrobić porządnie to trzeba czasu.
-Ty filozof, mamy 45 minut do lekcji <poganiałam Go>
-Idę idę... z kobietą nie wygram <zatkało mnie na słowa Młodego>

Po kwadransie wychodziliśmy, poszłam pożegnać się z Szymkiem, żeby mnie nie szukał, bo byłby płacz. Musiałam powiedzieć, że na chwilę wychodzę. Wojtek tak zawsze do Niego mówił, a Malec biegł do drzwi balkonowych i patrzył jak tata wychodzi z klatki. Usłyszałam jak Wojtek mówi do Niego, bo Mariusz dał na głośnik swojego rozmówcę. W oczach stanęły mi łzy, serce zakuło...to wszystko po usłyszeniu Jego głosu.

-Zuza! tak mnie poganiałaś, a teraz sama się ociągasz.
-Już już

Wyszliśmy z domu i udaliśmy się do szkoły. Po drodze Arek musiał rzucić kilka niewygodnych pytań oraz swoich błyskotliwych przemyśleń. W drodze powrotnej zaszłam do pobliskiego sklepu, aby kupić dla dziecka kilka produktów, bo skończyły się pampersy oraz mleko. Gdy byłam mniej-więcej w połowie drogi do domu poczułam szarpnięcie za rękę. Odwróciłam się i ujrzałam Kacpra. Wystraszyłam się. Stałam jak sparaliżowana. Czego On ode mnie oczekiwał?
-Posłuchaj...proszę poczekaj, wysłuchaj mnie
-Czego chcesz? <wrzasnęłam i się wyrwałam z Jego uścisku>
-Wracam od Wlazłych. Paulina powiedziała, że poszłaś Arka odprowadzić do szkoły.
-Nie wiem po co <warknęłam>
-Rozumiem, że możesz nie chcieć ze mną gadać
-Kacper słyszysz siebie? Rozwaliłeś mój związek <poczułam spływające po policzku łzy>
-Wiem, że nie powinienem tego wtedy robić. Ja nadal coś do Ciebie czuję. Kiedyś nie brałem Cię poważnie, wiesz dlaczego byliśmy razem. Ale gdy odeszłaś ja naprawdę zrozumiałem co straciłem. Nie chciałem Ci rozwalić związku z Wojtkiem. Ja po prostu rozstałem się z Dominiką, bo nie potrafię o Tobie zapomnieć. Rozumiesz?
-Po cholerę mi to mówisz? Pamiętasz jak mnie potraktowałeś? Chciałam ułożyć to w przyjaźń, ale był to błąd. Nie sądziłam, że jesteś tak wyrachowany. Tego Ci już nie wybaczę <pobiegłam do domu Wlazłych>

Nie chciałam z Nim rozmawiać. Do końca dnia bawiłam się z chłopcami, bo gdy Mariusz przywiózł Arka małżonkowie gdzieś wybyli wspólnie, a wieczorem siatkarz miał trening, zaś Jego żona poszła na ploty do przyjaciółki.
Codzienność powoli mnie przytłaczała ciężko mi było udawać, że wszystko jest w porządku. W piątek pilnowałam mojego Szkraba oraz Tymka. Paulina zaprowadziła Arka do szkoły i pojechała załatwić coś w biurze, zaś Mariusz miał lada moment wrócić z treningu. Nagle zapukał ktoś do drzwi. Zdziwiłam się, bo popołudniowy trening miał się skończyć za 15 minut. 

-Ty kluczy nie masz? <krzyknęłam podchodząc do drzwi mając pewność, że to Mariusz>
-Od tego domu jeszcze nie <zaśmiał się nerwowo Wojtek, gdy otworzyłam drzwi>
-Co tu robisz? <stanęłam jak osłupiała>
-Tata! <przybiegł Szymek i wskoczył tacie na ręce>
-Cześć smyku <przytulił Go siatkarz>
-Zajmij się Nim, ja położę do snu Tymka <poleciłam łamiącym się głosem>
-Zuza <wyszeptał i szybko mnie przytulił>

Popłynęły mi łzy. Chyba nigdy tyle nie płakałam co przez ostatnie dni. Pocałowałam Go w policzek. Odchylił się od mojej twarzy, opierając swoje czoło o moje spojrzał głęboko w oczy i namiętnie pocałował.

-Boję się <wyszeptałam>
-Czego? <spytał troskliwie> nie ma tu wilka złego <zadrwił, lecz moje zawistne spojrzenie przywołało Go do porządku>
-Że nam się po prostu nie uda... <wyznałam pełna obaw>
-Nie bój się, kocham Cię, widzę, że Ty mnie też, a to jest najważniejsze. Zależy nam i nie ważne co by się działo, to przetrwamy to <staliśmy wtuleni w siebie i z tego sielskiego ujęcia wyrwał nas Szymek, który ciągną to Wojtka, to mnie za nogę gaworząc coś pod noskiem>
-Idę ululać Tymka
-Porozmawiamy później, zajmę się Młodym <oznajmił całując mnie w czoło chwytając Szymka na ręce>

Poszłam do pokoju dziecięcego, gdzie leżał Tymek płacząc. Wzięłam Go na ręce i skierowałam się do kuchni, aby przyrządzić Mu mleko. Poprosiłam Wojtka o zerkanie na jedzenie dziecka, a ja poszłam Go przewinąć. Zanim wróciłam do kuchni chłopak przyniósł do pokoju gotowy posiłek. 
Nakarmiłam dziecko, po czym śpiącego odłożyłam do kołyski, przykryłam kocykiem i wyszłam przymykając drzwi. Poszłam się wreszcie przebrać z piżamy, bo nawet nie zdążyłam przez ten natłok wydarzeń. Wchodząc do salonu było jakoś dziwnie... cicho, pusto. Na stole zauważyłam leżącą kartkę. "Jesteśmy na dworze." Zarzuciłam kurtkę i wyszłam drzwiami tarasowymi do ogródka. Moje oczy od razu dostrzegły Wojtka i Szymka, którzy rzucali się śnieżkami. Nasz Mały, prawie 2-latek stąpał po śniegu i nasłuchiwał jak pod Nim trzeszczy, schylał się, a gdy wymierzał sypkim puchem w buty swojego taty śmiał się jakby co najmniej ktoś Go gilgotał. Wróciłam do kuchni, zrobiłam chłopakom gorące kakao i zawołałam do domu. Gdy skończyli dopijać akurat do mieszkania wszedł gospodarz z najstarszym potomkiem. Chłopaki dołączyli do kakaa, gdzie Mariusz oznajmił, że zjadłby obiad, lecz wywinął się z tej odpowiedzialności oferując zabawę z chłopcami. Przystaliśmy z Wojtkiem na ten pomysł, więc zabraliśmy się do przygotowania spaghetti oraz podgrzania zupy z poprzedniego dnia. Zgraja leniwców wymknęła się z pomieszczenia stawiając kubki po napoju na blacie. Aby wyjąć makaron z szafki musiałam stanąć na palcach. Nagle poczułam objęcie w talii, a moje stopy uniosły się znad podłogi.

-Nie łatwiej było mi podać opakowanie? <zaśmiałam się gdy odstawił mnie spowrotem na ziemię, odłożyłam produkt na blat odwracając się twarzą do chłopaka>
-Nie <zaśmiał się intrygująco> chciałem Ci udowodnić, że nie stąpasz twardo po ziemi i to oczywiście zasługa mojego uroku osobistego
-Brakowało mi tego...Twojego humoru, tego spojrzenia <oparłam swe czoło o Jego i szepnęłam spoglądając Mu w oczy>
-Mi Ciebie też, ale zróbmy obiad i porozmawiamy, dobrze?
-A o czym? <przestraszyłam się>
-O tym co się wydarzyło...zobaczysz <pocałował mnie w czoło>

Przygotowanie posiłku zajęło nam jakieś pół godziny, po tym czasie zasiadaliśmy do stołu, a jak na styk wróciła Paula. Wspólnie zjedliśmy posiłek. Tymek leżał w bujaku obok stołu i wyspany cierpliwie czekał aż mama zje i Go nakarmi. Natomiast Szymek wykazywał zupełnie przeciwstawne cechy. Machał rączkami, gdy robiłam przerwy aby pogryzł dokładnie makaron i sama za ten czas jadłam ze swojego talerza. Uspokoił się dopiero, gdy Wojtek odebrał mi widelczyk Malca i przekazał Jemu do samodzielnego jedzenia. 

-Ale chcę zaznaczyć, że Ty ścierasz po Nim kuchnię i wszystko dookoła. Ewentualnie mogę pomoc Ci Go umyć. <zadeklarowałam prędko>
-Szymek, może tata Cię nakarmi? <spytał chłopca z nadzieją i próbował odzyskać widelec>
Te próby zakończyły się bezskutecznie. W rezultacie Wlaźli mieli umytą podłogę w kuchni  a dziecko miało zapewnioną zabawę w wannie. Gdy wyjmowałam Małego z kąpieli do łazienki wszedł Wojtek.
-Idź się przebierz, bo jesteś cała mokra. Młody zostanie pod opieką Wlazłych, a my sobie wyjdziemy na miasto porozmawiać. <wtajemniczył mnie w swój plan>

Po chwili zeszłam na dół gotowa do wyjścia, Wojtek dołączył do mnie ubierając buty przekazując uprzednio Szymka pod opiekę przyjaciół. Szarmancko otworzył mi drzwi i łapiąc mnie "pod rękę" ruszyliśmy przed siebie. Dotarliśmy do restauracji w dobrych nastrojach śmiejąc się po drodze i rozmawiając na luźne tematy. W lokalu zamówiliśmy kawę oraz ciastko.

-Dlaczego tak mi się przyglądasz? <spytałam>
-Zuzka, nie wiem jak by to było bez Ciebie, ja dnia nie mogłem wytrzymać. Wierzę Ci i ufam, że z Twojej strony nic nie wyszło do Kacpra.
-Nie rozumiem, masz wątpliwości? <uniosłam się>
-Nie, nie mam. Tylko chciałem się spytać co planujesz dalej z Kacprem
-Nie wiem sama. Próbowaliśmy przemienić to w przyjaźń, nawet Mu wybaczyłam tamtą sytuację pomiędzy Nami, ale to nie ma sensu, bo jeśli nawet od jednej osoby wychodzi coś więcej, to normalnych relacji się nie da utrzymać.
-W sumie racja. Tylko jak ja mam się zachować teraz wobec Niego? Wtedy przepraszał, bo kiedyś się przyjaźniliśmy tyle lat i chciał to naprawić, ale chyba to nie był dobry pomysł.
-Może samo się ułoży między Wami? Głupio mi, że przeze mnie Wasza przyjaźń się rozpadła, ale może nie była ona prawdziwa?
-Samo? wątpię... Nie przez Ciebie, nawet tak nie mów. <musnął swoją dłonią moją>  Może tak jak mówisz
-Po prostu kontaktujcie się tylko, jak musicie, bez zbędnego zagłębiania się w relacje. I proszę Cię o jedną rzecz <dodałam niepewnie>
-Słucham <jeszcze bardziej spoważniał>
-Wojtek, w związku liczy się zaufanie przede wszystkim. Nie trać go do mnie
-O to możesz być spokojna <podszedł do mnie i mocno przytulił>

W restauracji posiedzieliśmy jeszcze chwilę konsumując zamówione uprzednio słodycze. Do domu wróciliśmy okrężną drogą robiąc sobie romantyczny spacer. Gdy weszliśmy do posiadłości przyjaciół Paulina akurat ułożyła do snu naszego synka, więc dołączyliśmy do Marusza i Arka, aby pomóc w przygotowaniu kolacji. Przy tej czynności wypiliśmy z chłopakiem gorącą herbatę, bo mróz na zewnątrz trzyma, szczególnie o tej porze. Gdy dołączyła do nas Paulina zasiedliśmy do kolacji.

-Ja wiem dlaczego tak się często kłócicie <oznajmił szczęśliwy Arek jakby rozwiązał zagadkę życia>
-Tak sądzisz? <spytał Go Wojtek swoim intrygującym głosem>
-Bo lubicie się godzić <na te słowa spojrzeliśmy z Wojtkiem na siebie i wybuchliśmy śmiechem>
-No to Ich rozpracowałeś <zaśmiał się tata Malca>

Pomogłam Paulinie zmywać po kolacji.

-Fajnie się patrzy na Was szczęśliwych <kobieta przytuliła mnie po skończonej pracy>
-Wiesz, kiedyś chciałam być tak prawdziwie zakochana. W końcu mam kogoś komu na mnie zależy, a mi na Nim <odparłam>
-Prawdziwa miłość to jest na pewno między Wami, choć wybuchowa
-Obydwoje mamy charakterki
-Muszę pilnować moich chłopców przed Waszym potomstwem, bo taka teściowa to zło <zadrwiła>
-Bardzo śmieszne <pokrzywiłam się do Niej w żartach>

Umyłam się i położyłam do łóżka. Wojtek przyszedł po chwili i zajął miejsce obok mnie

-Wrócimy jutro z rana do Lubina?
-Masz trening, prawda?
-Tak
-Jasne, ja też od poniedziałku już na uczelnię wracam
-A bym zapomniał, może uda się załatwić przedszkole dla Małego
-Porozmawiamy o tym jutro <odparłam słysząc, że wspomniany członek rodziny sie przebudził> Idź się myć <wygoniłam chłopaka>

Ukołysałam Szymka, bo na moje szczęście lekko się przebudził jedynie. Ułożyłam się spowrotem do łóżka i zasnęłam jeszcze zanim Wojtek zdążył wrócić z łazienki.

_________________________________________________________
Kochani...znów nawaliłam, przepraszam za zwłokę z rozdziałem. Nie miałam jakoś weny do pisania, do tego kilka wyjazdów, praca, ale wróciłam i postaram się dokończyć już niedługo to opowiadanie.
Kolejny rozdział za dwa tygodnie ;*
Do napisania, pokażcie kto tu ze mną jeszcze został ;3
Trzymajcie się ;**